Klasyczna Trylogia

„Nowa nadzieja” jutro w HBO

11



HBO przechodzi do klasycznej trylogii, czas więc na „Nową nadzieję”. czwarty Epizod zobaczymy już jutro, czyli w czwartek 17 sierpnia 2017 o godzinie 20:10. Powtórki kolejno w piątek (18 sierpnia) o 12:30. Jednocześnie w tym samym czasie film można oglądać też na HBO HD. Dodatkowo przed seansami „Nowej nadziei” w tym tygodniu będzie szansa jeszcze raz zobaczyć „Zemstę Sithów” (w czwartek i w piątek).

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce... Rycerze Jedi zostali wytępieni, a Imperium żelazną ręka sprawuje rządy nad całą galaktyką. Mała grupa Rebeliantów podejmuje walkę kradnąc tajne plany najpotężniejszej broni Imperium - tzw. Gwiazdy Śmierci. Najbardziej zaufany sługa Imperatora - Darth Vader musi odzyskać plany i odnaleźć ukrytą bazę buntowników. Księżniczka Leia - wzięta do niewoli przywódczyni Rebeliantów, wysyła sygnał z wezwaniem pomocy, który zostaje przechwycony przez zwykłego chłopaka z farmy - Luke'a Skywalkera. Wychodząc naprzeciw swemu przeznaczeniu, Luke podejmuje wyzwanie i rusza na ratunek Księżniczce chcąc pomóc Rebeliantom w obaleniu Imperium. W misji pomagają mu niezwykli sojusznicy - mądry Obi-Wan Kenobi, nieco arogancki gwiezdny awanturnik Han Solo i jego lojalny towarzysz Chewbacca a także dwa droidy R2-D2 i C-3PO.

„Nowa nadzieja” to pierwszy film z cyklu. Wyreżyserowany przez George’a Lucasa w 1977 rozpoczął fenomen, który trwa już blisko 40 lat. Występują: Mark Hamill, Harrison Ford, Carrie Fisher, Alec Guinness, Peter Cushing, Anthony Daniels, Kenny Baker, Peter Mayhew oraz David Prowse i James Earl Johns jako głos Vadera.

Następny epizod zobaczymy tydzień później.

P&O 239: Co to było za urządzenie do torturowania Hana Solo

24



Dziś pytanie o „Imperium kontratakuje” i działanie jednego sprzętu.

P: W „Imperium” znajduje się scena w której Han Solo jest przymocowany do krzesła, a wokół niego stoją szturmowcy i Vader. Potem to krzesło się obniża do jakiegoś przedziwnego urządzenia które iskrzy na czerwono, a Han strasznie krzyczy. Co to było za urządzenie i jeśli jest tak straszne, to czemu Han nie ma żadnych ran i śladów krwawienia?

O: Ta iskierka świadczy o tym, że były to tortury elektryczne. Hana przymocowano do tabeli skanerów, przyrządu wykorzystywanego do skanowania, także za pomocą ładunków elektrycznych rud metali. Skaner ten zbierał informacje o termalnych i magnetycznych właściwościach analizowanego przedmiotu i zapisywał wyniki badań różnych reakcji. To urządzenie mocno popularne we wszelakich kopalniach w całej galaktyce, przydatne by ocenić wydobytą rudę.

Vader kazał przeprogramować to urządzenie tak by stanowiło tablicę przesłuchującą, aby torturować Hana Solo. I choć zadawało ono wielki ból, nie pozostawiało śladów. A Vader torturował Solo także po to, aby zwabić Luke’a do Miasta w Chmurach. Młody Skywalker powinien wyczuć zakłócenia w Mocy. Osobiście Vader uważał, że tortury mogłyby być bardziej bolesne, acz obawiał się zabicia Solo, więc nie ryzykował swojej przynęty.

P&O 234: Dlaczego Endor jest nazywany księżycem „centurian”?

11



Dziś przykład pytania wynikającego z pewnego niezrozumienia filmu. Dotyczy kwestii, które padają w „Powrocie Jedi”. Pod odpowiedzią na oficjalnej podpisano się jako Jocasta Nu.



P: Dlaczego Endor jest nazywany księżycem „centurian”? (w oryginale: „centurian” moon).

O: Uszy cię zawiodły mój, młody Padawanie. Tam pada wyrażenie „Księżyc Sanktuarium” (Sanctuary Moon), który opisuje rolę Endora przy generowaniu pola ochronnego wokół drugiej Gwiazdy Śmierci.

K: W legendarnym EU znajdują się inne wytłumaczenia tej nazwy. Według jednej z wersji w Starej Republice nazwano tak to miejsce ze względu na niesamowite bogactwo naturalne.

P&O 232: Czemu kosmiczny ślimak był tak olbrzymi?

7



Dziś bardzo ciekawe pytanie natury biologicznej, wynikające ze studiowania przewodnika, a następnie przekładania go na film.

P: W Ilustrowanym przewodniku po rasach obcych istot Wszechświata Gwiezdnych Wojen jest napisane, że kosmiczne ślimaki mają koło 10 metrów. Dlaczego zatem, ten do którego wleciał „Sokół Millennium” był tak olbrzymi?

O: Tego nikt nie wie. Być może on był jakimś cudem lub wynaturzeniem? Już w starożytnych czasach na ziemi marynarze czasem spotykali większe niż to przewidują normy rekiny, wieloryby czy inne stworzenia wodne, które były tylko pojedynczymi okazami. Ślimaki kosmiczne dzielą się przez mitozę, kiedy osiągną odpowiednią wielkość. Są też i inne rzadkie mutacje, które powodują, że osobniki rosną przez całe życie. W EU pojawiały się też i inne kolosalne ślimaki. Ten, którego spotkał „Sokół” miał ponad 800 metrów.

K: Swoją drogą to jest też już i nowa wersja tego przewodnika. Ale tu trzeba dodać, że sama mitoza to biologicznie termin oznaczający podział komórki, nie organizmu. Zwierzęta takie jak np. parzydełkowce rozmnażają się przez pączkowanie i to byłoby najbliższe, by powstały dwa podobne genetycznie osobniki. Inna sprawa jest taka, że bardzo wiele zwierząt, zwłaszcza stojących niżej w ewolucji może rosnąć przez całe życie. To prawdopodobnie mogłoby mieć miejsce przy ślimaku kosmicznym.

Tydzień 40-lecia „Nowej nadziei”: News zamykający

4



„Nowa nadzieja” weszła na ekrany w Stanach w środę 25 maja 1977 w zaledwie 32 kinach. W weekend IV Epizod wyświetlało jeszcze osiem dodatkowych kin. Film stał się sukcesem, więc po różnych perturbacjach miał też drugą premierę. Odbyła się ona 3 sierpnia 1977, z wielką fetą, oczywiście w Chinese Theatre. Tym razem film grało 1096 kin. Od tej pory rozpoczęła się wielka, trwająca już 40 lat przygoda.

„Nowa nadzieja” nie raz wracała do kin. Początkowo bez większych zmian. W 1981 po raz pierwszy została nazwana „Nową nadzieją” a nie „Gwiezdnymi wojnami”. Tu warto sobie przypomnieć różnicę między „Gwiezdnymi wojnami” i „Gwiezdnymi Wojnami”, czyli rozróżnieniem nazwy cyklu i tytułu filmu.

Ostatni raz do kin z pełną pompą film wszedł dwadzieścia lat temu, przy okazji Wersji specjalnej.

Polska premiera odbyła się 30 marca 1979 (choć pojawiają się też daty 19 lipca 1979).

Jednak to są daty premiery. Kiedy narodziła się saga? Może 17 kwietnia 1973, kiedy to George Lucas zaczął pisać scenariusz? A może 22 marca 1976, kiedy to rozpoczęły się zdjęcia?

Na zamknięcie tygodnia 40-lecia chcieliśmy przypomnieć, o wielu innych artykułach, a nawet poprzednim tygodniu „Nowej nadziei”.



Tak Tydzień „Nowej nadziei” wyglądał u nas 10 lat temu.


W 2007 zorganizowaliśmy też Mikołajki, gdzie również znalazło się trochę tekstów o „Nowej nadziei”:


Ale artykułów poświęconych „Nowej nadziei” mamy dużo więcej. Pisaliśmy o tym jak wyglądało życie w roku 1977. Także o tym, jak w Foxie oceniano szanse filmu oraz jak wyglądał budżet. Zebraliśmy też smaczki.

Wiele też pisaliśmy o stworach - dziwadłach z kantyny (w tym Braconnorze i Greedo), banthach, ryku Krayta. O tym, gdzie skończył scenariusz, czy jak Guinness uratowałfilm. Pisaliśmy też o broni Hana Solo oraz o wielu inspiracjach w ramach cyklu Holo z oficjalnej. Warto też wspomnieć od dwóch projektach fanowskich. Fani próbowali poprawić film, zarówno ulepszając efekty w wersji Revisited (nasza recenzja) jak również przywracając oryginalne, a jedynie je oczyszczając w wersji Remastered. W każdym razie to chyba dobry moment, by w najbliższym czasie ponownie wrócić do tego, 40-letniego już filmu.

Zaś tym razem przygotowaliśmy następujące atrakcje:

Tydzień 40-lecia „Nowej nadziei”:

Wcześniejsze tygodnie tematyczne znajdziecie tutaj.

Tydzień 40-lecia „Nowej nadziei”: Ciekawostki o oryginalnym plakacie

oficjalna
16



Na oficjalnej w ramach obchodów 40-lecia pojawił się dość ciekawy artykuł autorstwa Pete’a Vilmura ukazujący pewnie ciekawostki na temat jednego z plakatów „Nowej nadziei”. Dobrze się to wpasowuje w nasz Tydzień.



Zwłaszcza, że kilka dni temu pisaliśmy o plakatach IV Epizodu. Jeden jednak jest dość szczególny, nie tylko dlatego, że jest popularny. Chodzi o tak zwany styl A, który w 1977 stworzył Tom Jung. Poza tym, że stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych i ikonicznych, znajduje się na nim kilka ukrytych elementów. Wynikają one z okresu powstawania, zmian i błędów. Choć kto wie, może fani teorii spiskowych znaleźliby tam ukryte przesłanie.



Luke nosi buty Vadera, tyle, że białe. Czy Jung już wtedy wiedział o szokującym spoilerze wszech czasów? W każdym razie ten błąd bardzo fajnie wygląda z perspektywy czasu.



Jung nie umieścił droidów na plakacie. Zostały dodane później, już bez jego udziału. W podobnym czasie co Jung, swój plakat skończyli bracia Hildebrant. Właśnie oni umieścili droidy na swoim plakacie, co bardzo spodobało się w Foxie. 20th Centruy Fox zdecydował, że chce mieć także droidy na plakacie Junga. Niestety ten był zajęty innymi projektami, więc plakat poprawił Nick Cardy. Plakat został poprawiony nim poszedł do prasy.



Leia ma blaster Hana Solo. Leia strzelała w IV Epizodzie, ale jej broń była zdecydowanie inne. Czyli kolejna teoria spiskowa, co jeszcze dzielili Han i Leia?



Strój Lei się trochę zmienił. Niby przypomina ten filmowy, a nawet dwa (ten z ostatnich scen i ten biały przez który pojawia się w większości filmu). Ale prawda jest taka, że Jung wzorował się na stylu Franka Frazetty, jeszcze gdy rysował szkice. Podobało się to Lucasowi i tak już mniej więcej zostało.



Z nieznanych przyczyn w wersji gazetowej plakatu, jedna z nóg Lei jest zakryta.



W plakacie, który promował „Nową nadzieję” w jako rozkładówka podobno Luke i Leia byli w innej pozycji. Ostatecznie Fox bardzo nalegał, by Jung użył podobnej do plakatu, czyli takiej trochę przypominającej trójkąt. Jest ona tu odwrócona, ale podobna. Jak było naprawdę, nie wiadomo, bo tu źródła same sobie przeczą.



I jeszcze jedna ciekawostka. Dokładnie nie wiadomo kiedy pojawił się ten plakat. Wersja braci Hildebrandt z pewnością była dostępna przed premierą. Junga z pewnością później. Może wtedy, gdy „Nowa nadzieja” wchodziła do większej ilości kin? Najwcześniejsze zdjęcia z archiwów pochodzą z 27 lipca 1977.

Wszystkie atrakcje tygodnia znajdziecie tutaj.

Tydzień 40-lecia „Nowej nadziei”: Epizod IV w popkulturze

9



O wpływie „Gwiezdnych Wojen” na popkulturę można by napisać niejedną książkę. Trochę więc trudno ogarnąć temat, zwłaszcza, że postaci tak ikoniczne jak Vader, Luke, Han, Leia, organizacje jak Jedi czy Imperium albo Rebelia, nie mówiąc już o cytacie „Niech Moc będzie z Tobą”, stały się częścią fenomenu i kultury popularnej. Także napisy początkowe potem pojawiły się w wielu filmach. Dlatego tym razem zajmiemy się tylko kilkoma, subiektywnie wybranymi przykładami inspiracji kulturowych, głównie bazujących na „Nowej nadziei”.

Chyba najbardziej widocznymi nawiązaniami, czy nawet kopiami są parodie sagi, w szczególności IV Epizodu. Parodiowanie scen ma miejsce w wielu filmach, ale tylko kilka poświęca temu całą fabułę. Najważniejszy z nich to oczywiście „Kosmiczne jaja” Mela Brooksa z 1987. Film nabija się nie tylko z trylogii, ale też „Obcego” czy „Star Treka”. Święcił też tryumfy kinowe. To właśnie w tym obrazie możemy zobaczyć jak szturmowcy przeczesywali pustynię, czy przydługie ujęcia okrętów kosmicznych. Nie zapomniano o całym merchidisingu, ten również zostaje wyśmiany w tym filmie. Swoją drogą warto zauważyć, że wykorzystano tu tarczę wokół planety, która trochę przypomina tę z „Łotra 1”. Ale to raczej kwestia wspólnego pomysłu bazowego. Przez lata Mel Brooks próbował wskrzesić temat sequela, bez skutku. Ale jest nowa nadzieja. Na dniach reżyser ogłosił, że MGM jest zainteresowane sequelem.



Kosmiczne jaja to oczywiście kwintesencja gatunku i film dedykowany sadze. Ale parodie scen pojawiają się w różnych komediach. Choćby w „Hot Shots 2”, gdzie walka z Saddamem Husseinem w jego pałacu jest parodią pojedynku Vadera z Benem Kenobim. Późniejszy to choćby „Paul” Simona Pegga, ponownie zawierający wiele żartów z sagi, w tym kantynę w Mos Eisley z jej charakterystyczną muzyką.

Trzy późniejsze parodie powstały już dla telewizji. To „Family Guy: Blue Harvest” i „Robot Chicken: Star Wars” Setha Greena, a także „Phineas and Freb”. Są to odcinki specjalne, które przelatują przez fabułę IV Epizodu wybierając pewne sceny i na ich podstawie budując gagi. Zostały także wydane na DVD.

Telewizyjne parodie to nie nowość. Warto tu choćby wspomnieć o specjalnym odcinku z gośćmi z „Gwiezdnych Wojen” nagranym w serii Jima Hensona „Muppet Show”. To jedno z pierwszych naprawdę istotnych pojawień się kulturowych sagi. U Hensona sagę wspomniano też w serialu „Muppeciątka” i to nie raz. Prawda jest taka, że współpraca między ludźmi Lucasa i Hensona to całkiem długa historia, która zaowocowała choćby „Ciemnym kryształem” czy „Labiryntem”, zatem te nawiązania nie zaskakują.



Mówiąc o parodiach nie w sposób pominąć także pornograficznych wersji. Tu znów powstało wiele filmów, które w luźny sposób inspirują się sagą (także gejowskich). Jednak jeden jest szczególny, „Star Wars XXX Parody”, gdzie znów mamy odtworzoną fabułę „Nowej nadziei” przerywaną charakterystycznymi dla tego gatunku produkcji akcjami. Temat ten jest o tyle ciekawy, że pojawił się także w filmie Kevina Smitha „Zack and Mini kręcą porno”. Jednym z pomysłów głównych bohaterów jest właśnie parodia sagi nazwana „Star Whores”. Film Smitha powstał jeszcze w 2008, czyli na kilka lat zanim Alex Braun zabrał się za swoją wersję.

U Smitha „Gwiezdne Wojny” pojawiają się w wielu filmach, często w rozmowach bohaterów. W „Sprzedawcach 2” pojawia się dyskusja związano dość mocno z „Wersją specjalną” „Nowej nadziei”, czyli kłótnia o to, kto strzelał pierwszy, Han czy Greedo.



Przyjaciel Lucasa Steven Spielberg nie raz robił sobie żarty z nawiązaniami. W „E.T.” widzimy nie tylko Yodę, ale i R2-D2. Zaś oba droidy pojawiają się zarówno w czwartym Indym jak i pierwszym.



Popkulturowo istnieją bardzo fajne nawiązania ukazujące zarówno Lucasa, jak i obecność „Gwiezdnych Wojen” w kulturze. „Poltergeist” wyprodukowany przez Stevena Spielberga ma piękną scenę, w której widzimy zabawki z „Nowej nadziei”, zaś w „Odlocie” Pixara jest scena w której widzimy kino wyświetlające „Gwiezdne wojny”. Podobne miejsce sagi jest w Kapitanie Ameryce. W „Arturze i Mimikach 3: Dwóch światach” Luca Bessona młody George Lucas widzi postać przypominającą Vadera i zapamiętuje to. Darth Vader z planety Vulcan z kolei zostaje wspomniany w „Powrocie do przyszłości”. Osadzając akcję w latach 70. i 80. właściwie trudno nie odwoływać się do sagi. Widać to dobrze w serialu „Stranger Things”, gdzie odwołań jest mnóstwo, a figurki Kennera zdobią półki. Jedna z bohaterek nawet lewituje „Sokoła”.





Jednak bez wątpienia jednym z najciekawszych kulturowo wizji jest film „Władcy ognia”, gdzie widzimy upadek ludzkości, która cofnęła się w rozwoju. Nie jest w stanie oglądać filmów, ale „Gwiezdne Wojny” przetrwały przekazywane ustnie, stanowią ważny element dziedzictwa i tradycji ludzkości.

„Nowa nadzieja” to także punkt przełomowy w życiu filmowców. Nie tylko tych młodszego pokolenia, jak choćby Gareth Edwards czy J.J. Abrams, ale także James Cameron czy Ridley Scott. Ten pierwszy, będąc kierowcą ciężarówki, tak bardzo poczuł się poruszony „Nową nadzieją”, że zdecydował zmienić zawód i został filmowcem. Ridley natomiast pozwolił, by używany, brudny wszechświat naznaczył dwa jego najważniejsze dzieła z początku kariery, czyli „Obcego” i „Łowcę androidów”.

Zaś jeśli chodzi o starwarsówek, to plakaty z „Nowej nadziei” pojawiają się w „Super 8” J.J. Abramsa. Nie mówiąc już o R2-D2 w Star Treku i jego kontynuacji. Nawiązania do szturmowców w dialogach mamy w „Na własne ryzyko” Colina Trevorrowa.

Jeśli chodzi o gry komputerowe, tam również widać wpływ „Nowej nadziei”. Dwa przykłady. W „Dreamfall Chapters” - przygodówce, której część dzieje się na futurystycznej Ziemi - trwają wybory w ogromnym Europolis. Jedną z kandydatek (którą popiera też główna bohaterka, Zoe), jest Polka, Lea Umińska. Jej zwolennicy malują na ścianach graffiti przedstawiające Leię:





W „LISIE"” postapokaliptycznym RPG, w którym wcielamy się w mężczyznę chroniącego ostatnią dziewczynkę na Ziemi, można odnaleźć jedną, drobną aluzję. Chodzi o słynną kłótnię kto strzelił pierwszy. Wedle gry był to niejaki Chiffon Solo. Może imię zgubiło się w mrokach niepamięci przez te wszystkie lata?

Prawdopodobnie największą obecność w szeroko rozumianej kulturze „Gwiezdne Wojny” miały podczas rządów Ronalda Reagana w USA. Wykorzystał on analogię Zimnej Wojny do sagi. Nazywał ZSRR mianem złowrogiego Imperium, ale uruchomił też program nazywany powszechnie Gwiezdnymi Wojnami. Miała to być kosmiczna tarcza rakietowa. Poniekąd ten kierunek stał się kanwą filmu „Gry wojenne”, w którym także w dialogach pojawiają się nawiązania do sagi.



Ta mania na punkcie sagi, ale też kosmosu, za którą odpowiada premiera „Nowej nadziei” oraz w mniejszym stopniu „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” Stevena Spielberga, miały też wpływ na Bonda. Ekranizacja „Moonrakera” pewnie była w dalszych planach, przyśpieszono ją, w dodatku pominięto cały oryginalny wątek z powieści o rakiecie z ładunkiem atomowym, tworząc bazę kosmiczną i wysyłając Jamesa Bonda na orbitę. Dodatkowo dostaliśmy scenę w której strzelają się z laserów. Bardziej to kino SF niż klasyczny Bond.

„Nowa nadzieja” miała też wpływ na „Star Trek”. Tam był pomysł na sequel, plus presja fanów, która nagle urosła. Studio zaś zobaczyło, że może coś na tym zarobić. Miał być film telewizyjny, nowy sezon serialu, ostatecznie skończyło się na filmie pełnometrażowym w kinie. Choć dopiero od „Gniewu Khana” „Star Trek” zaczął odkrywać swoje kinowe tory.



Jednym z bardzo ciekawych nawiązań do genezy „Nowej nadziei” jest fanfilm George Lucas in Love, który w świetny sposób portretuje pewne klasyczne motywy, jednocześnie nawiązuje do „Zakochanego Szekspira”. Jednak warto wspomnieć o jeszcze jednym filmie, który wyprodukował Gary Kurtz (producent IV i V epizodu). „’77” czy też pierwotnie „5-25-77” to autobiograficzna opowieść Pata Johnsona (scenarzysta „Ostatniego smoka”), w której istotną rolę odgrywa premiera „Gwiezdnych wojen” i tego jak „Nowa nadzieja” oraz to co przyszło po niej zmieniła świat przyszłego filmowca. Film ukończono przy okazji 30-lecia sagi. Pierwsze pokazy miały miejsce na Celebration IV, jednak nigdy nie wszedł do szerokiej dystrybucji. Za to ponownie pojawił się w kilku kinach w zeszły czwartek.

Podobnie jak to było w wielu innych przypadkach, ilość nawiązań jest ogromna, więc jest to jedynie mały ułamek tematu.

Wszystkie atrakcje tygodnia znajdziecie tutaj.

Tydzień 40-lecia „Nowej nadziei”: Plakaty

12



Dziś sztuka plakatu filmowego nie jest już tym, czym była kiedyś. Do nowych obrazów owszem powstają, ale po pierwsze często bazują już mocno na fotosach, po drugie najczęściej są takie same na całym świecie. Gdy do kin wchodziła „Nowa nadzieja” (jak zresztą cała oryginalna trylogia), sprawa miała się inaczej. Różnych plakatów było zdecydowanie więcej, do tego dochodziły okolicznościowe, a co jeszcze ciekawsze lokalne. Poszczególne kraje także miały swoje własne, unikalne produkcje. Nic dziwnego, że temat ten był eksploatowany w dwóch albumach. Pierwszy z nich to The Star Wars Poster Book Steve’a Sansweeta i Pete’a Vilmura. Drugi to Star Wars Art: Posters pod redakcją J.W. Rinzlera. Oba albumy są bardzo ciekawymi opracowaniami, dzięki którym można podziwiać prawdziwą, artystyczną różnorodność, która towarzyszyła plakatom IV Epizodu. Dziś zajmiemy się tylko wybranymi.

Zaczynamy od plakatu zajawkowego. On miał tylko oznajmiać, że taki film będzie. Pojawiło się logo. W pierwszej wersji (stworzonej przez Suzi Race) oraz już poprawionej przez Joe Johnstona.

Kolejny plakat pojawił się przy okazji Comic-Conu w 1976. Właściwie postał on niezależnie od tych zajawkowych. Nawet logo jeszcze jest inne. Jego autorem jest Howard Chaykin.



Dość wczesną wersję plakatu zaprojektował też Ralph McQuarrie. Nie została jednak ostatecznie wykorzystana.



Ostatecznie film promowały przede wszystkim trzy finalne plakaty. Pierwszy robili bracia Hildebrandt, drugi Tom Chantrell, trzeci zaś Tom Jung (w dwóch wersjach)



Jednak prawdziwa eksplozja różnorodności przyszła dopiero wraz z kolejnymi wznowieniami sagi. Drew Struzan z Charlesm Whitem III odpowiadają choćby za plakat związany z rokiem „Nowej nadziei” w kinach. Po prawej zaś kolejny plakat z powrotu filmu do kin.



Gdy w roku 1997 z okazji 20-lecia sagi na ekrany weszła „Wersja specjalna” klasycznej trylogii, każdy z filmów dostał swój plakat. Wszystkie trzy robił już Drew Struzan.



Zaś z polskich mamy plakat Jakuba Erola oraz Wojciecha Siudmaka.


Bardzo interesujące plakaty pochodzą choćby z Węgier, czy Rosji (twórcy nie wiedzieli w ogóle o czym jest film, poza tym, że to kosmiczny western, w dodatku powstał w latach 90.), Japonii czy Włoch.



Na koniec warto wspomnieć o tradycji plakatów urodzinowych. Pierwszy pojawił się z okazji roku „Nowej nadziei”, z tortem i figurkami Kennera. Zdjęcie zrobił Weldon Anderson. Kolejne trzy są związane z 10-leciem sagi i pierwszym Celebration, które odbyło się w 1987. Za pierwszy plakat odpowiada John Alvin, drugi jest nawiązaniem do plakatu zajawkowego, trzeci zaś wyszedł spod ręki Drew Struzana.
20-lecie sagi było świętowane „Wersją specjalną”, więc plakat jest z nią związany.
30-lecie nie miało oficjalnego plakatu. Pojawił się niejako przy okazji Celebration IV w Los Angeles. Jest to jedno z ostatnich dzieł Johna Alvina.
Zaś z okazji 40-lecia także przygotowano okolicznościowy plakat, nawiązujący do tego z pierwszych urodzin.



To zaledwie ułamek tego, co powstało na potrzeby zaledwie jednego filmu, przez te 40 lat. Jeśli dodałoby się jeszcze plakaty fanowskie, to nawet te dwie pozycje wskazane na początku z pewnością nie są w stanie wyczerpać tematu.

Wszystkie atrakcje tygodnia znajdziecie tutaj.

Tydzień 40-lecia „Nowej nadziei”: VHS, DVD, Blu-ray

12



Kasety VHS

Na początku lat 90-tych firma Guild Entertainment wydała całą Oryginalną Trylogię na kasetach VHS. Problem polegał na tym, iż pomimo faktu, że filmy były dostępne dla każdego, dzięki wypożyczalniom, to nie można ich było legalnie kupić. Warto zaakcentować słowo "legalnie", bo kto chciał i miał dojścia mógł przegrać taką kasetę, co było w tamtych czasie robione nagminnie o czym informowaliśmy np. w tym miejscu. Każda z kaset zawierała film w niezmienionej kinowej wersji, a jako okładka Nowej nadziei posłużył oryginalny plakat filmowy autorstwa Toma Junga.

Na wersję dostępną dla każdego nie trzeba było długo czekać, ponieważ już 1995 roku do sprzedaży trafiła kolejna wersja Oryginalnej Trylogii, nazywana przez niektórych niebieską. Dystrybutorem tego wydania był Imperial Entertainment, który podkreślał, że jest to wersja odświeżona z wykorzystaniem cyfrowej techniki zapisu. Wszystkie trzy kasety zapakowane były dodatkowo w box, na którym umieszczono nawet porównanie filmów przed i po. Nikt wtedy nie przypuszczał, że wydawanie filmów na kasetach VHS do domowej kolekcji może być opłacalne. Jak widać Gwiezdne Wojny po raz kolejny udowodniły, że są pionierami w dziedzinie (domowej) rozrywki.

Jako okładki kaset posłużyły ilustracje autorstwa Johna Alvina, które polscy fani mogą kojarzyć z pierwszych wydań nowelizacji Trylogii wydanej przez wydawnictwo Amber. O samych filmach chyba nie warto się rozpisywać bo oprócz wspomnianych wcześniej "ulepszeniach" dźwięku i obrazu, w filmach nie pojawiły się żadne nowe sceny czy też efekty. Wszystkie trzy filmy pojawiły się w wersji z rozszerzonym obrazem oraz lektorem, który niestety nie jest dobrym rozwiązaniem. W tłumaczeniu pojawiają się liczne błędy, które bardzo rażą. Możemy zatem usłyszeć zarówno takie zwroty jak Imperium jak i Cesarstwo, pojawia się Sojusz Buntowników oraz Cesarz, który rozwiązał Senat, a klasykiem został już zwrot Hana do Chewbacci: "Chewie, podaj mi klucz FRANCUSKI".


Edycja specjalna

W 1997 roku z okazji 20. rocznicy premiery Gwiezdne Wojny na nowo trafiły do kin. Każdy z epizodów pojawiał się w kinach w kilkutygodniowych odstępach. Po kilku miesiącach firma Imperial Entertainment wydała całą Trylogię na kasetach video w jednym zbiorczym wydaniu. Wszystkie trzy filmy trafiły do sprzedaży zapakowane w jednym zbiorczym pudełku w dwóch różnych kolorach (srebrnym i złotym), na którym widniał wizerunek Dartha Vadera. Srebrne zawierało filmy w wersji panoramicznej, zaś złote w wersji z rozciągniętym obrazem. Obie natomiast nie posiadały lektora, a tylko i wyłącznie polskie napisy. Przed każdym filmem można obejrzeć krótki materiał zdradzający tajniki "ulepszania" wszystkich trzech filmów.

W 2000 roku do sklepów trafiła reedycja wersji specjalnej, która zarazem była ostatnim wydaniem Oryginalnej Trylogii na kasetach video. Całość ukazała się się tylko i wyłącznie w wersji panoramicznej wraz z polskimi napisami. Jedyną zmianę jaką wprowadzono w porównaniu z poprzednim wydaniem było dodanie krótkiego materiału o powstawaniu Epizodu II tuż przed Nową Nadzieją.



DVD

W 2004 roku do sprzedaży po raz pierwszy trafiła Oryginalna Trylogia na płytach DVD. Pierwsze wydanie (zwane także srebrnym) zawierało cztery płyty: trzy filmy oraz dodatkową płytę z dodatkami. O zmianach wprowadzonych w Epizodzie IV możecie przeczytać tutaj. W grudniu następnego roku do sklepów trafiło wydanie bez płyty z dodatkami w nowym opakowaniu.

W 2006 roku w sklepach pojawiła się kolejna edycja Oryginalnej Trylogii. Każdy z filmów wydano osobno w wersji dwupłytowej. Na jednej znalazła się wersja filmu z 2004, a na drugiej wersja klasyczna, która była po prostu wersją filmu zgraną z Laserdisków.

W 2008 po raz kolejny wydano Trylogię na DVD, tym razem trzy filmy z 2004 zapakowano w nowe niebieskie opakowanie. Nowa Trylogia również doczekała się wznowienia, z tym, że opakowanie tamtych filmów było czerwone.

Jakby wydań filmowych było za mało w 2013 polski dystrybutor znów zapakował filmy w nowe boxy. Nowa Trylogia otrzymała opakowanie z Yodą, a starsza z Vaderem. Było to także pierwsze wydanie filmów na DVD, w których we wszystkich częściach pojawił się polski dubbing, co tej pory dostępny tylko w wydaniu na Blu-ray. W 2015 roku do Gazety Wyborczej dodawane były Epizody na DVD.



Blu-ray

W 2011 roku po raz pierwszy w sklepach Gwiezdne Wojne pojawiły się na Blu-rayu. Było to słynne wydanie Komplentej Sagi w skład, którego wchodziły wszystkie sześć filmów oraz trzy płyty z dodatkami. Dodatkowo do sprzedaży trafiły obie trylogie wydane osobno - same filmy, bez płyt z dodatkami. W 2015 pojawiła się reedycja, tym razem z Vaderem na okładce (ta edycja na początku była dodawana jako gratis przy zakupie telewizorów, odtwarzaczy Blu-ray lub konsol do gier). Do sprzedaży trafiły również Epizody w steelbookach, w tym oczywiście Nowa nadzieja.



Jeśli plotki są prawdziwe, to możemy za jakiś czas spodziewać się filmów, w tym oczywiście Nowej nadziei, wydanych na nowym nośniku i w jakości 4K, o czym pisaliśmy tutaj.


Wszystkie atrakcje tygodnia znajdziecie tutaj.

Tydzień 40-lecia „Nowej nadziei”: Jak „Nowa nadzieja” zredefiniowała kina

17



Czasem niektórzy zapominają, że George Lucas (i Steven Spielberg) wcale nie stworzyli kina na nowo. Raczej je przedefiniowali, wybierając sobie pewnie elementy, które ułożyli we własnych proporcjach, rozwinęli i rozpropagowali. „Nowa nadzieja” to jeden z pierwszych filmów, który uruchomił lawinę.



Po pierwsze temat, czyli o Kinie Nowej Przygody. Zaczęło się od nostalgii i starych komiksów, seriali i filmów z lat 30., 40., czy 50. Warto tu przypomnieć, że przed rozpowszechnieniem się telewizji, seriale takie jak „Flash Gordon” czy „Buck Rogers” prezentowane były w kinach. Zaś na kolejny odcinek należało czekać tydzień. Jechało się w sobotę i oglądało nowe przygody, potem tę rolę przejęła telewizja. Ta chęć powrotu do dawnych widowisk, nostalgia, stoi u podstaw Kina Nowej Przygody. Lucas i Spielberg nie do końca zaprzątali sobie głowę jakimś konkretnym gatunkiem. Film miał przede wszystkim wciągać i bawić. Owszem, wątek przygodowy był w nim dość istotny, ale reszta, to trochę sensacji, trochę kina katastroficznego, trochę humoru i dobrze by miał jakiś temat przewodni. Reszta to miszmasz, bez znaczenia. Nawet jeśli zajmujemy się science fiction, jak w „Nowej nadziei” to sama nauka nie jest tak istotna jak cała reszta. Staje się to potem przyczyną takich dialogów jak lot w dwanaście parseków. Ale dokładnie tak to wyglądało w starym „Flashu”, ważniejsza była przygoda i tempo niż wiarygodność szczegółów. Dzieło ma wyglądać prawdziwie, ale wcale nie musi być takie jak ktoś zacznie je rozkładać na czynniki pierwsze.

Tempo filmu także było ważne. Lucas chciał, by miejscami przypominało to prawdziwą wojnę, bardziej dokument niż fabułę. Zupełnie odwrotnie niż w „2001: Odysei kosmicznej”, gdzie mieliśmy długie ujęcia efektów. Tu były często krótkie i lecieliśmy dalej. To element świata, który miał wciągać, a nie cel sam w sobie. Dziś czasem się zapomina, że efekt specjalny ma być tylko dodatkiem, ale nadal w większości tak jest. Głównie z tego powodu, że poza spektakularnymi scenami w kinie używa się bardzo wielu efektów.



Kino Nowej Przygody się przyjęło. Dzięki „Nowej nadziei”, „Szczękom” czy „Bliskim spotkaniom trzeciego stopnia”, później też „Poszukiwaczom zaginionej arki” wypromowało jeszcze jeden trend, który faktycznie zmienił oblicze kina. Letnie blockbustery. Czy Lucas i Spielberg planowali taką zmianę? Nie wiadomo. Chyba raczej wyszło przy okazji. Chcieli na pewno mieć filmy idealne na sobotnie poranki, ale w przypadku drogiego obrazu, który wchodzi do kina, nie da się wyprodukować nowego odcinka co tydzień. Ale co rok, dwa, trzy. W sam raz, by pojawił się w lato. Tak się to zaczęło, a potem pojawiły się powroty do światów, postaci, czyli sequele. Nie jest tak, że kolejnych części nie było przed Lucasem czy Spielbergiem. Warto choćby wspomnieć o seriach takich jak „Godzilla” czy „James Bond”. One istniały i miały się całkiem dobrze przed Kinem Nowej Przygody. Lucas jednak postawił najpierw na nostalgię fabularną, a potem powrót do swoich już znanych bohaterów. Dziś w okresie letnim do kin wchodzi kilkanaście sequeli, prequeli, sidequeli, remake’ów, rebootów, spin-offów czy filmów będących częścią większego uniwersum. To wszystko istniało w latach 70. Ale to nie był główny nurt kina. Gdy się okazało, że można na tym zarabiać olbrzymie pieniądze, naśladowcy znaleźli się bardzo szybko, zaś sam zamysł stał się standardem.

Kolejna zmiana to merchandising, czyli produkty. Powszechnie uznaje się, że Lucas to wszystko wymyślił. Nie jest tak do końca. Zainspirował się tym, co robił Walt Disney. Gdy otwierano Disneyland w Anaheim, Lucas był jednym z pierwszych gości. Nie tylko się bawił, ale też obserwował i uczył. Problemem produktów okołofilmowych, była ich krótka żywotność. Film przeminął, zabawek nikt nie chciał kupować. U Disneya jednak to działało, bo klasyczne postaci nie zmieniały się przez lata. Znów nostalgia, sequele, wyczekiwanie spowodowały, że zabawki zaczęły się sprzedawać. Zaś zanim to się stało, studio bardzo łatwo zrezygnowało z czegoś, co nie mogło generować prawdziwego zysku. Już w czasach „Mrocznego widma”, przychód z produktów licencjonowanych był większy niż z samego filmu. Obecnie tak też wyglądają współczesne blockbustery, czasem wręcz jako płatne reklamy potencjalnych figurek, zabawek i masy innych produktów. Wpadki zaliczane są tam, gdzie zapomina się o tym, że to ma być jeszcze film. Zanim jednak licencjonowanie przybrało obecną formę, gdzie ktoś nad tym czuwa, Lucas też zaliczył kilka „wpadek” z produktami, których nie chciał znać. Dlatego do Lucasfilmu ściągnął Howarda Roffmana, który stworzył Lucas Licensing (i między innymi EU), który nadzorował wszystko.



Już w latach 30., kiedy rozwijały się studia filmowe, zaczęto ciąć koszty produkcji. W studiach można było zbudować wszystko, całe miasta, plany, zupełnie nie wychodząc z terenu wytwórni filmowej. Ten trend się nasilał przez wiele lat. Widać to bardzo dobrze w filmach z cyklu o Bondzie, gdzie rozpoznawalnych plenerów było bardzo niewiele. Lokacje zaś często ograniczały się do kilku zdjęć w znanych wnętrzach, no i paru ujęć ukazujących miasto. Dobry przykład to „Pozdrowienia z Rosji” i Istambuł, w którym filmowcy są, ale którego za wiele w tym filmie nie ma. Większość jest kręcona w studiach. „Nowa nadzieja”, kręcona w Tunezji oraz z kilkoma ujęciami w Gwatemali, była już tylko filmem, który potwierdzał zwrot w trendzie. A jednymi z tych, którzy zaczęli to mocno zmieniać byli Francis Ford Coppola i George Lucas, choćby na planie „Deszczowych ludzi”, czy „Amerykańskiego graffiti”. To, że można kręcić kosmiczne przygody w plenerze, a nie w studiu, to było coś.



Blue screen (czy obecnie częściej chyba green screen). Mało kto zdaje sobie sprawę, że technologia ta sięga samego początku kina, choć niekoniecznie oparta na niebieskim ekranie. Po raz pierwszy eksperymentował z nią jeszcze George Albert Smith w 1898. Nakładanie obrazów wykorzystywano dość często w latach 20. I 30. XX wieku. Nawet drukarki optyczne pochodzą z okresu sprzed II wojny światowej. Jednak to właśnie w „Nowej nadziei” zostały wykorzystane na szeroką skalę, ponownie. Owszem technologia się rozwinęła, także dzięki mikrokomputerom.

Wykorzystanie efektów specjalnych, modeli, ujęć poklatkowych, czy malowanego tła, to także technologie, które były znane wcześniej i wykorzystywane w kinematografii, ale… nie na taką skalę. Tu twórcy sagi byli często bardzo odtwórczy, jak choćby Phil Tippett względem tego, co zrobił Ray Harryhausen. Nawet dla zespołu Johna Dykstry punktem wyjścia była „2001: Odyseja kosmiczna”. Prawdę mówiąc, nawet charakteryzator, Stuart Freeborn (odpowiadał za stworzenie Yody czy Chewbaccy) wcześniej pracował nad tamtym dziełem Stanleya Kubricka.

Jeśli jesteśmy przy efektach warto wspomnieć o samym sposobie ich filmowania. To nie byłoby możliwe bez kamer dedykowanych do kręcenia efektów, w tym ta słynna zwana Dykstraflexem. Była kolejnym istotnym przełomem w rozwoju filmowania efektów. Nie jakimś absolutnym novum, ani również nie stadium docelowym.

Kolejny zapomniany element, który przywróciła „Nowa nadzieja” do łask, to muzyka. Wystarczy pomyśleć, że Lucasowi wiele osób sugerowało, by użył nowoczesnej, na przykład metalowej, ścieżki dźwiękowej. Ten jednak ostatecznie zwrócił się do Johna Williamsa, by ten napisał klasyczną muzykę. Z jednej strony nawiązującą do starego kina, z drugiej kontynuującą choćby operowe tradycje Ryszarda Wagnera. Williams za Wagnerem użył leitmotiv. Coś, co było znane i wykorzystywane także w kinie, ale nie na taką skalę, nie w takich produkcjach. Dziś muzyka filmowa postWilliamsowa nadal święci tryumfy i jest standardem. Mało tego, jeszcze w latach 70., to co promowało filmy to przede wszystkim były piosenki. W zeszłym tygodniu w Krakowie był organizowany 15 festiwal muzyki filmowej, jeden z największych na świecie. Trudno sobie wyobrazić to bez kina Nowej Przygody i „Nowej nadziei”.

Dźwięk oczywiście także był bardzo istotny. „Nowa nadzieja” była jednym z pierwszych filmów, który miał ścieżkę w Dolby Stereo (2.0). Wówczas niewiele kin było w stanie to wyświetlić. Lucasowi jednak zależało zarówno na czystości obrazu, jak i dźwięku. Zaś Ben Burtt właściwie został zatrudniony tylko po to, by nagrać intrygujące, brzmiące znajomo, ale jednocześnie unikalne i futurystyczne efekty dźwiękowe.

To co bez wątpienia wprowadziła „Nowa nadzieja” jako nowość do kina, to oczywiście grafika komputerowa. Ale na jej pełne użycie trzeba było jeszcze poczekać wiele lat.

Wszystkie atrakcje tygodnia znajdziecie tutaj.

Archiwum wiadomości dla działu "Klasyczna Trylogia"

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.