TWÓJ KOKPIT
0
FORUM Książki

Pierwszy rozdział "WYGNANIA"-wersja dla zainteresowanych

yob 2008-05-24 20:02:00

yob

avek

Rejestracja: 2008-05-24

Ostatnia wizyta: 2009-05-24

Skąd:

NA ZEWNĄTRZ PRZESTRZENI KORELIAŃSKIEJ
GWIEZDNY NISZCZYCIEL ANAKIN SOLO



To niezupełnie poczucie winy nie pozwalało Jacenowi zasnąć kolejną noc. Raczej była to świadomość, że powinien czuć się winny, a jednak tak nie było.
Jacen ułożył się wygodnie w fotelu, tak miękkim, że można było w nim zasnąć, i zaczął wpatrywać się w gwiazdy.
Osłony przeciwlaserowe były otwarte nad olbrzymim lukiem znajdującym się ponad jego prywatnym gabinetem, a komnata pogrążona w ciemnościach dawała niczym niezmącony widok przestrzeni kosmicznej.
Jego gabinet był po stronie portowej, dziób był skierowany na Słońce Corell, a rufa zwrócona na Coruscant, a więc mógł patrzeć na Commenor, Kuat, Gromadę Hepa i na Perlemiańską Drogę Handlową…Nie starał się jednak rozpoznać każdej gwiazdy z osobna. Astronomia była dozgonnym zajęciem dla ludzi żyjących na jednej planecie. O ileż trudniejsza ta nauka była dla Jacena, który całe swoje życie podróżował od gwiazdy do gwiazdy?
Przymknął powieki, ale w jego głowie kłębiły się myśli, było tak odkąd ze swym szturmowym oddziałem ocalił Królową Matkę Konsorcjum Hepa, Tenel Ka przed powstaniem wywołanym przez zdradzieckich Hepańskich Wielmoży wspomaganych flotą Koreliańską.
Pośród tych wszystkich wydarzeń, wierząc, że Han i Leia Solo brali udział w spisku, Jacen rozkazał użyć dalekosiężnych turbolaserów „Anakina Solo” przeciwko „Sokołowi Tysiąclecia”. Później dotarł do niego niezaprzeczalny dowód na to, że jego rodzice nie odgrywali żadnej roli w całej intrydze.
A wiec gdzie było poczucie winy? Gdzie zgroza, którą powinien czuć po próbie matko i ojcobójstwa? Jakim ojcem będzie dla Allany, jeśli zrobił to wszystko bez wyrzutów sumienia?.
Nie wiedział. Ale był pewien, że nie zaśnie spokojnie póki się nie dowie.
Za jego fotelem zabrzmiał charakterystyczny odgłos włączanego miecza świetlnego, a cały gabinet pogrążył się w błękitnym świetle. Jacen zerwał się na równe nogi zanim miecz intruza zdążył cały rozbłysnąć. Jedną ręka uruchomił własny miecz, a drugą wyciągnął przed siebie by siłą Mocy odsunąć fotel z drogi.
Spojrzał na intruza- była na tyle niska, że zza fotela widać było tylko czubek płonącego miecza świetlnego.
Po drugiej stronie biurka stała jego matka, Leia Organa Solo. Jednak nie trzymała w dłoniach swojego miecza. Jacen rozpoznał go po rękojeści, po kolorze. To był miecz, który Mara Jade Skywalker nosiła przy sobie przez tyle lat. Pierwszy miecz Luka Skywalkera. Ostatni miecz Anakina Skywalkera.
Leia miała rozpuszczone włosy, a na sobie brązowe szaty Jedi. Trzymała miecz oburącz, skierowany w górę i gotowy do ataku.
-Witaj matko- wydawało mu się, że w tej chwili powinien zwracać się do niej bardziej oficjalnie niż po prostu „mamo”.
-Czy przybyłaś mnie zabić?
Skinęła głową –Tak
-Zanim zaatakujesz- powiedz jak dostałaś się na pokład? I jak weszłaś do tego gabinetu?
Potrząsnęła głową zasmucona.
-Czy myślisz, że zwykłe systemy obronne mogą coś znaczyć w takim momencie?
- Może nic-wzruszył ramionami-Wiem, że jesteś doświadczonym Jedi, Matko, ale nie możesz mierzyc się z żadnym rycerzem Jedi, który trenował i walczył przez całe swoje życie…bo ty tego nie robiłaś.
-Mimo to, zabiję cię.
-Myślę, że nie. Jestem przygotowany na każdą taktykę, każdy fortel, jakiego użyjesz.
Teraz, rzeczywiście się uśmiechnęła. Był to grymas, który pojawiał się na jej twarzy, gdy jej polityczni przeciwnicy popełniali ostatni błąd w swych karierach, dziki uśmiech „psa wojny” bawiącego się swa ofiarą.
-Fortel, jakiego użyję. Czy nie wiesz, że każdy podręcznik taktyki jest nic nie wart, gdy atakujący postanowił nie przeżyć walki?.
Jej twarz wykrzywiła się przybierając wyraz złości i zdrady. Poluzowała uścisk na rękojeści miecza, wyciągnęła lewą rękę i pchnęła. Jacen wyczuł w niej wielki przypływ Mocy.
Uchylił się by uderzenie jej Mocy go minęło-
I wtedy, zbyt późno, zdał sobie sprawę, że tak właśnie miało być.
Cała siła Mocy błyskawicznie przepłynęła obok niego i uderzyła prosto w środek luku, wyginając i wybijając go prosto w próżnię.
Jacen odskoczył. Gdyby mógł chwycić framugę drzwi, przytrzymać się chwilę aż osłony zdążą się zamknąć, nie wyciągnęłoby go przez okno-
Ale Leia była szybsza. Dopadła do niego i otoczyła ciasno ramionami odrzucając przy tym miecz. Razem wylecieli przez luk.
Jacen poczuł przrażliwe zimno przenikające jego martwiejącą skórę. Czuł powietrze uciekające z jego płuc, śmiertelne grzechotanie, którego nikt nie mógł usłyszeć. Jego głowę przeszywał ból, tuż za łukiem brwiowym, oczy nabrzmiały jakby miały wybuchnąć.
I wtedy nagle usta Leii zaczęły się poruszać jakby wciąż była w stanie mówić. Przez jedną nieprawdopodobną chwilę zastanawiał się czy będzie tak mówiła wiecznie, karcąc swego syna, wirując, martwi po wieczność.
Wtedy, wiedząc, że musi, obudził się. Siedział z powrotem w swym wygodnym fotelu obserwując gwiazdy.
Sen. Czy przesłanie? Powiedział na głos-Czy to ty?- Czekał, mając nadzieję, na odpowiedź Lumiyi, ale nie nadeszła.
Obrócił fotel i ujrzał swoje biuro bezpiecznie puste. Za pomocą panelu kontrolnego zamknął osłony.
Na końcu sprawdził swój chronometr.
Piętnaście standardowych minut minęło odkąd ostatni raz na niego patrzył. Spał przez przynajmniej dziesięć minut.
Położył nogi na panelu, ułożył się wygodnie w fotelu, próbując uspokoić woje skołatane serce.
Zasnąć.


CORUSCANT
BAZA TRANSPORTOWA GALAKTYCZNEGO SOJUSZU,
W POBLIŻU ŚWIĄTYNI JEDI

„Żuk Nebulański” osiadł na podniesionej platformie przylegającej do błękitnej bazy transportowej w kształcie grzyba. Manewry, na wysokości dwustu metrów, tak wielką jednostką wyglądały zadziwiająco gładko i sprawnie. Wszędzie poza przestrzenia kosmiczną tej klasy korsarski transportowiec wyglądał dziwacznie. Z góry przypominał sierp księżyca rozcięty nożem, którego ostrze skierowane było w tę samą stronę, co końce księżyca. Jego szeroka, wykręcona rufa przywodziła obserwatorowi na myśl raczej grubego bantę niż zgrabny i typowy okręt wojenny.
Ale właśnie taki rodzaj rufy był w stanie przewieźć wielkie ilości personelu i oprzyrządowania. W chwili, gdy statek osiadł na lądowisku, z tuzina opuszczonych trapów wypłynął strumień umundurowanych żołnierzy-wielu z nich idących na urlop, innych jadących na antygrawitacyjnych noszach kierowanych w stronę szpitali.
Z o wiele mniejszej platformy, pięćdziesiąt metrów od dziobu „Żuka Nebulańskiego”, Mistrz Jedi Kyp Durron obserwował rozwój wypadków. Z tej odległości z trudem widział twarze przybyłych, ale mógł dojrzeć malujące się na nich szczęście po tym jak rozpoznali ukochane osoby czekające w tłumie.
Dzięki Mocy mógł wyczuć emocje tego dnia. Płynęły od „Żuka Nebulańskiego” i całego jego otoczenia. Ból promieniował od pogruchotanych kości i martwych kawałków ciała będących kiedyś częścią organicznych kończyn. Cierpienie płynęło od wspomnień o odniesionych ranach i od wizji przyjaciół na zawsze utraconych w bitwie.
Ale ponad tym górowało uczucie ulgi i szczęścia. Ludzie wracali do domu z bitwy by odpocząć i wydobrzeć. Byli weteranami niezwykłej kosmicznej batalii, która niedawno rozegrała się w systemie Hepańskim. Niektórzy z nich byli dumni z roli, jaką odegrali, inni czuli wstyd i żal, ale wszyscy cieszyli się, że to już koniec, że są w tym miejscu.
Przez kilka cichych chwil, Kyp czuł spokój, pozwalając emocjom z platformy płynąć jak chłodny, orzeźwiający strumień w lecie. Zwielokrotnione dźwięki powitań na platformie, pobliskiego ruchu powietrznego Coruscant, transportu i handlu z przylegającej bazy pozwalały mu pozostawać w wygodnym oddaleniu.
Nagle poczuł nową, charakterystyczną obecność Mocy, na którą czekał. Spojrzał w dal nad bazę, w stronę wrażenia i dostrzegł „Cień Jade’a” nadlatujący wprost na niego.
Statek podchodził do bazy o wiele za szybko by było to bezpieczne, gdy nagle gwałtownie zwolnił opadając gładko na antygrawitacyjne lądowisko na szczycie platformy, kilka metrów od Krypa. Uśmiechnął się. Ktokolwiek pilotował-pewnie Mara-chciał dla zabawy lub złośliwie uczynić lądowanie przerażającym by zmusić go do ucieczki. Oczywiście nie stchórzył. Pomachał na powitanie niewyraźnym postaciom w kokpicie i czekał.
Wkrótce rampa pokładowa opuściła się i ze statku wybiegli Luke Skywalker i Mara Jade Skywalker. Ubrani byli skromnie, Luk na czarno, Mara, tym razem, w typowe brązowe szaty Jedi w dwóch odcieniach.
Kyp uśmiechnął się i podał rękę Lukowi.-Wielki Mistrz Skywalker.
Luk uścisnął mu dłoń- Mistrzu Durron.
-I Mistrzyni Skywalker.
Mara skinęła w powitaniu, ale Kyp wyczuł w niej ślad irytacji i zniecierpliwienia- Mistrzu Durron
- Rozumiem, że to nowa ręka- Kyp uwolnił uścisk- Słyszałem o twych ranach. Jak wypada w porównaniu ze starą?
Luk podniósł prawą rękę i spojrzał na dłoń.
- Matryca neuronowa jest o wiele bardziej wyrafinowana, więc daje wrażenie jakby była z krwi i kości. Ale- wiesz jak droid, którego pamięć nigdy nie była wymazana zachowuje się bardziej indywidualnie, specyficznie.
Kyp skinął głową- Ale nie sugerujesz chyba, że proteza może to samo. Nie ma tyle pamięci.
Luk wzruszył ramionami – Nie wiem, co sugeruję. Może dzięki Mocy mój mózg wytworzył połączenie ze stara ręką, co przewyższało normalność. Nieważne, ta nie działa jeszcze dobrze.
-Co oznacza- Wtrąciła Mara – Że spadł z pozycji bycia najlepiej władającym mieczem świetlnym w galaktyce, czyli krótko mówiąc, będąc dalej najznakomitszym jest chwilowo trochę mniej sprawny.
-Ciociu Maro? Ups, Witaj, Kyp. Mistrzu Durron- Był to głos, Jainy Solo, Kyp spojrzał w górę i zobaczył drobna postać Jedi na szczycie rampy.
-Jaina- Kyp skinął do niej przyjaźnie. Powrócił w myślach lata wstecz, gdy wariował na jej punkcie. Ona wtedy była nastolatką, a on był młodszym skoncentrowanym na sobie mężczyzną, który nie rozpoznawał, że jego zainteresowanie nią miało podłoże w samotności i samouwielbieniu raczej niż w czymś innym.
W tej chwili udawał,że ona nic nigdy dla niego nie znaczyła ponad to, że była córką jego najlepszego przyjaciela. Ona, prawdopodobnie nie musiała wcale udawać. Uśmiechając się krótko do Kypa zwróciła się znowu do Mary- Czy mogę już zabrać Zekka i Bena do Świątyni?.
Mara przytaknęła- Myślę, że tak. Kyp czy jest jakiś powód by to odwlekać?.
-Nie- Zerknął w lewo, gdzie zaraz za rufą „Cienia Jade’a” była dobrze widoczna pobliska Świątynia Jedi.
-Jeśli chcecie oszczędzić silniki mogę was tam po prostu przenieść- Wyciągnął rękę, w trochę zbyt dramatycznym geście i statek zawibrował przez moment, poruszany siłą jego Mocy.
Jaina spojrzała na niego karcąco. Odwróciła się, a rampa pokładowa zamknęła się kryjąc ją w środku.
-Jak się czuje Zekk?- Spytał Kyp
Mara spojrzała spokojnie- Wyzdrowieje. Lekarze na Hep byli doskonali. Ale będzie musiał wstrzymać się przez jakiś czas od akcji - Wyraz jej twarzy zmienił się- Ile osób wie jak do tego doszło?
-Tylko ja, na razie- Kyp wskazał na odległą

LINK

ABY DODAĆ POST MUSISZ SIĘ ZALOGOWAĆ:

  REJESTRACJA RESET HASŁA
Loading..