Wojny Klonów

P&O 299: Kim jest Gran-Jedi w pałacach Ziro i Jabby?

5



Dziś pytanie o pełnometrażowy pilot „Wojen klonów” i używane w nim modele i jeden z tricków używany przez ekipę Dave’a Filoniego.

P: Kim był Gran, który nosił szaty Jedi w pałacach Ziro i Jabby Huttów w filmie „Wojny klonów”?

O: Jeśli przyjrzysz się dokładnie, zobaczysz kilku osiłków Granów w towarzystwie Ziro i Jabby, noszących wyglądające znajomo szaty Jedi, z godłem Jedi na ramieniu. Z powodu małej liczby opracowanych modeli, na początku produkcji „Wojen klonów” używano wielokrotnie tych samych elementów, by zapełnić sceny. Dlatego ekipa „Wojen klonów” użyła ciała Obi-Wana Kenobiego dokładając do niego głowę Grana. Żaden z tych Granów nigdy nie został nawet nazwany i nigdy nie mieli mieć nic wspólnego z Jedi.

Tydzień animacji: „The Clone Wars” oczami fana Legend

Gunfan
15



Serial „The Clone Wars” ma obecnie rzesze fanów, ale nie można zapominać, że jego początki nie były wcale takie różowe. W ogniu krytyki znalazła się przede wszystkim niezgodność z ówczesnym kanonem. W ramach tygodnia animacji chcielibyśmy Wam zaprezentować tekst Gunfana, który przybliży Wam tamte czasy oraz udzieli odpowiedzi na pytanie: czy starsi fani też mogą cieszyć się serialem?

Ach, „Wojny klonów” Filoniego. Słynne Te Ce Wu. Ta kultowa (w niektórych kręgach) animacja obchodzi w tym roku dziesięciolecie, a przez ten czas stała się dużą marką, zdobyła serca wielu fanów i ogólnie stanowi ważną część współczesnego uniwersum SW, więc… napiszę o niej co nieco. Tak bardziej osobiście, a zwłaszcza z punktu widzenia wielbiciela skasowanego Expanded Universe.

Ogłoszenie prac nad TCW wywołało reakcje dość różne, bo z jednej strony mieliśmy dostać poniekąd następcę znakomitych „Clone Wars” Tartakovsky’ego, ale z drugiej okazało się nagle, że według twórców Anakin miał przez cały okres wojny padawankę. Anakin! Najmniej nadający się na pedagoga ze wszystkich Jedi będzie miał uczennicę! W dodatku wyjętą z kapelusza, bo przecież w „Zemście Sithów” nie ma po niej śladu. Herezja, skok na kasę, celowanie w dziecięcy (i dziewczęcy) target – to były głosy krytyki już wtedy. I ja byłem wśród marudzących, a i dziś w pewnym stopniu mogę się pod tymi głosami podpisać.



Potem pojawił się film kinowy wprowadzający w realia serialu, a będący zasadniczo zlepkiem pierwszych trzech przerobionych na długi metraż odcinków. I o ile miło było mi przejść się do kina na „Star Wars” po trzyletniej wtedy przerwie (tyle minęło od „Zemsty Sithów”), to filmem, delikatnie mówiąc, zachwycony nie byłem. Nie polubiłem Ahsoki Tano i jej relacji z mistrzem, odrzucił mnie motyw syna Jabby, a także drażnił mnie fakt, że na dzień dobry dostaliśmy tu pojedynek Anakin/Dooku (z którego, jak ze wszystkich późniejszych, nic nie wynikło), ledwie chwilę po „Ataku klonów”. Ten ostatni motyw irytuje mnie, bo ówczesne Expanded Universe starało się nie dopuszczać do zbyt częstych spotkań kluczowych postaci, by nie rozmywało się znaczenie tych spotkań, tymczasem w TCW tego typu akcje (Kenobi/Grievous oraz Anakin/Dooku zwłaszcza) zdarzają się co chwilę.

To wszystko nie nastroiło mnie pozytywnie do serialu, którego emisja rozpoczęła się niedługo później. Ale mimo to oglądałem, i czasem było całkiem fajnie – pierwszych pięć odcinków bardzo daje radę, potem jest różnie, ale trylogia Ryloth i finał sezonu pierwszego znów pokazuje potencjał serii. Jednak pełno było też w tym wszystkim takiej średniości, lub elementów ewidentnie nie skierowanych do mnie (pojedynek droidów, gadające non-stop roboty B1, Separatyści ciągle dostający po czterech literach, podczas gdy głównym bohaterom udawało się wszystko) oraz innych wad, o których niżej. Ale mimo mieszanych uczuć dociągnąłem do początkowych odcinków drugiego sezonu, kiedy to dostajemy drugą bitwę o Geonosis. Bitwę ukazaną niesamowicie, brutalną i bezpardonową, ale… zepsutą przez Anakina i Ahsokę, radośnie się przekomarzających i podliczających skoszone droidy niczym Gimli z Legolasem, podczas gdy wokół masowo giną klony. A potem jeszcze pałę goryczy przegiął odcinek 2x06, gdzie pojawia się Luminara z Barissą i one są tak bardzo, stuprocentowo dżedajowe, podczas gdy ten niewydarzony duet A&A to jakieś marne podróby rycerzy, które każą nam oglądać jako głównych bohaterów…

Po tym odcinku przestałem oglądać TCW. Skumulowały mi się minusy, że tak powiem. Raz, że nie mogłem dłużej patrzeć na relację Ahsoka/Anakin (nasiąknąłem w prequelach i EU tym, jak powinien zachowywać się Jedi i jego padawan, a oni zachowywali się odwrotnie), na używanie tych ich dziecinnych przydomków („Snips”/„Skyguy” a.k.a. „Smark”/„Rycerzyk”) i ogólny brak poszanowania zasad wszelakich. Dwa, że serial zaczął bardzo swobodnie traktować to, co było dotąd kanonem, ignorując lub zmieniając dowolnie elementy Expanded Universe, choć równocześnie twórcy ciągle doń nawiązywali, niekoniecznie wiernie. Narobiło się więc nieścisłości na linii TCW-Expanded Universe i nie były to po prostu drobne wpadki, jakich i wcześniej w obrębie kanonu nie brakowało, tylko świadome olewanie przez twórców serialu tego, co ustalone było przedtem w innych źródłach. A to mi się cholernie nie podobało.

I tak minęło kilka lat. Miałem po drodze krótki moment, kiedy chciałem wrócić do serii i obejrzeć przynajmniej te lepsze, poważniejsze odcinki, ale na dłuższą metę nic z tego nie wynikło. Olałem temat i znów minęło dużo czasu. Aż do pamiętnego kwietnia 2014, kiedy to Disney, nowy właściciel marki „Star Wars”, postanowił skasować całe dotychczasowe Expanded Universe i odtąd traktować je jako niekanoniczne Legendy. Pomijając wszystkie inne konsekwencje tego manewru, miał on duży wpływ na moje obecne podejście do „Wojen klonów”. Kluczowy wręcz.



No bo wiecie: kiedy TCW startowało, kanon był teoretycznie jeden. Nie idealny, ale z grubsza spójny, dlatego wszelkie świadome olewanie go przez twórców serialu irytowało. Mieszało fanom w układaniu sobie wszystkiego w głowie jeszcze bardziej, niż jakieś pojedyncze drobne wpadki i nieścisłości między ówczesnymi książkami, komiksami i grami. Mnie też mieszało, a w dodatku drażniło mnie, że Lucasfilm każe mi za nadrzędne wobec EU uważać motywy, które mi się wcale nie podobały (okoliczności „wskrzeszenia” Maula chociażby). Ale teraz?

Teraz nie ma już jednego kanonu. W obecnych realiach nie ma co się przejmować spójnością TCW z czymkolwiek innym, więc najlepiej nie tracić na to czasu i spojrzeć na ten serial pod innym kątem. Jakościowym mianowicie. Czy to dobry serial? Czy to dobre Star Warsy? Czy starszy fan, również fan ś.p. Expanded Universe, będzie miał z niego jakąś radochę?

No więc – tak. Trzy razy tak. Oczywiście z wieloma zastrzeżeniami, bo „Wojny klonów” są w moich oczach serią diabelnie daleką od doskonałości. Ale ogólnie oceniam je teraz pozytywnie, diametralnie inaczej niż kiedyś.

Zacznę od minusów, to znaczy tych, których dotąd nie wymieniłem, bo powyżej macie już niezłą litanię. Oczywiście wszelkie sprawy związane z niespójnością TCW ze starym EU tu pomijam, bo już ustaliliśmy, że to przestało mieć znaczenie. Pomijam też zarzut, że fabuła niejednego odcinka tego serialu jest… dziecinna. No bo jaka ma być? To serial dla dzieci. I tak ma niemało dojrzałych motywów, więc jak mi wrzucą od czasu do czasu motyw typu „pojedynek droidów” to nie marudzę, tylko idę dalej. Kiedyś marudziłem, owszem, jak wspomniałem na początku. Przeszło mi.

Ale jednak trochę elementów nadal mnie drażni. Początkowa niepokorność Ahsoki chociażby, bo tak zachowująca się panna powinna według mnie szybciutko wylecieć z Zakonu. Niestety trafiła na takiego, a nie innego mistrza i w związku z tym jej (i jego) wyczyny nie uległy długo żadnemu utemperowaniu. I te ich wspomniane już tutaj ksywki, nie licujące moim zdaniem kompletnie z powagą stanowisk, które piastowali, jak i z relacją mistrz-uczeń. „Snips?” „Skyguy?” Trzymajcie mnie, bo nie zdzierżę. Powtarzam się, ale na to mogę marudzić do znudzenia.

Z innych wad serialu wymieniłbym jeszcze rozjazd chronologiczny oraz nudne (w większości) odcinki z akcją na froncie. Ta pierwsza kwestia to skakanie fabuły w tę i we w tę, bo twórcy nagle w sezonie drugim lub trzecim postanawiają zrobić prequel (lub sequel) do jakiegoś odcinka z sezonu pierwszego i widz czasem głupieje kompletnie od tego. Opowieści z frontu zaś są w TCW mocno nudne, niby dużo się dzieje, są bitwy i akcja, klony leją się z droidami, ale jest to wszystko ciągle na jedno kopyto. Autentycznie mocniej ruszały mnie bardziej kameralne, spokojniejsze odcinki, zawierające nieraz o wiele większą dozę kreatywności.



Ale dlaczego właściwie polubiłem ten serial? Bo jest dobry, mimo wszystkich wad. Plusy przeważyły nad minusami. Wiele razy zaskoczył mnie dojrzałością podejmowanej tematyki (relacje między klonami, kwestie tego, jak one postrzegają swój obowiązek wobec Republiki, ukazanie Separatystów jako zwykłych ludzi niekoniecznie chcących wojny), cynizmem politycznych machlojek (poziom rodem z prequeli - intrygi, zamachy, senator Kaminoan chcąca przedłużenia konfliktu, by móc nadal sprzedawać Republice kolejne partie klonów), a czasem po prostu wywoływał zachwyt najróżniejszymi sekwencjami (partia muzyczna na Nal Hutta, łowy na porwanych padawanów w wykonaniu Trandoshan, odbicie Ziro przez Cada Bane’a itd.). Nawet tak słabo wyglądający na papierze odcinek, jak ten o Ahsoce usiłującej odzyskać skradziony miecz świetlny, okazał się świetny i kazał mi nie oceniać już książki po okładce w przypadku TCW.

W dodatku ta seria to chwilami naprawdę znakomite „Star Wars”. Klimat wylewa się po prostu z ekranu, wszędzie pełno znajomych rekwizytów, ras i smaczków. Niemało gwiezdnowojennej filozofii też tu twórcy przemycili. I mimo, że marudzę na niektóre bitwy, to iście filmowego rozmachu nie mogę im odmówić. Design i piękno wykonania niektórych lokacji powalają, wystarczy spojrzeć na wygląd Coruscant (moje ulubione dolne poziomy), Mon Cala, Geonosis, Mortis czy Mandalory. W dodatku na szczęście serial nie kręci się wyłącznie wokół Anakina i Ahsoki, bohaterów jest wielu, co pozwala na ukazanie jeszcze większego skrawka Galaktyki i przeróżnych motywów fabularnych.

A ile radości TCW dostarczy fanowi starego kanonu? Cóż, mnie dostarcza mnóstwo, ale ja mocno wyluzowałem. Obawiam się, że ortodoksyjni wielbiciele Expanded Universe nie mają tu czego szukać, za dużo elementów będzie ich drażnić. Przepisem na sukces jest tu więc pogodzić się z tym, że Legendy są już tylko Legendami, i skupić się na czym innym, niż nieścisłości. Jeśli ktoś potrafi tak podejść do sprawy, a także nie odrzucą go inne wady serialu, to ma szansę polubić dzieło Filoniego i spółki.

Ja po latach krzywego patrzenia na „Wojny klonów” spojrzałem wreszcie na ten serial z sympatią. I choć nadal uważam CW Tartakovsky’ego za lepsze (to się pewnie już nigdy nie zmieni), to jednak - choć ostrożnie - polecam „The Clone Wars” tym, którzy ich jeszcze nie widzieli.

Wszystkie atrakcje tygodnia animacji znajdziecie tutaj.

Tydzień animacji: „Wojny klonów” (2003-2005)

15



„Mroczne widmo” sprzedało się bardzo dobrze, ale już „Atak klonów” miał pewna zadyszkę. Z różnych powodów, także rosnącej konkurencji na rynku blockbusterów. Przerwa między kolejnymi epizodami, wynosząca trzy lata, nie wszystkim się podobała. Hasbro zaczęło sugerować Lucasfilmowi, iż przydałoby się coś pomiędzy filmami, co podtrzymywałoby zainteresowanie sagą. Lucasfilm zaś szukał sposobu by lepiej promować „Zemstę Sithów”. Pierwszy animowany serial gwiezdno-wojenny tego stulecia (i tysiąclecia) to nic innego jak dobrze przemyślana kampania reklamowa.



Historia „Wojen klonów”



Gdy już pojawił się pomysł, trzeba było pomyśleć o wykonaniu. Hasbro zasugerowało by porozmawiać z Cartoon Network, z którym współpracowało przy serii „Transformers”. Ci zaś wskazali na Genndy’ego Tarakovsky’ego, który akurat skończył pracę nad „Samurajem Jackiem”.

Doszło do spotkania Genndy’ego i Lucasfilmu, w wyniku którego uzgodniono, że będzie to projekt składający się z krótkometrażowych odcinków, od trwających minutę po 3 do 5. Ostatecznie wyszły to mniej więcej 3 minutowe odcinki podzielone na dwie serie.

Tartakovsky miał swoją wizję serialu. Chciał by to było coś w stylu „Kompanii braci”, gdzie każdy odcinek jest o innej bitwie w trakcie Wojen klonów. Chciał też klasycznej animacji, no i pewnego nawiązania graficznego do studia Nelvana. W końcu na ich produkcjach dorastał i dobrze je wspominał. Lucasfilm i Cartoon Network przystały na ten pomysł. Od razu zamówiono dwa sezony.

I tu jedna ciekawostka, która wiąże się z ilością sezonów. Otóż początkowo zamówiono dwa, składające się po dziesięć odcinków. Trwały one sumarycznie koło godziny i były dość jednorodne. Z czasem „zlały” się i zaczęto je traktować jak jeden sezon. Trzeci sezon stał się tym samym drugim. Tak to też jest wydane na DVD, gdzie płyta pierwsza to sezon 1-2, a druga sezon 3 (choć ma numer 2).



Istotny wpływ na sagę



O ile serial początkowo raczej był tylko i wyłącznie sposobem na podtrzymanie zainteresowania sagą, o tyle, końcówka drugiego sezonu zapisuje się na stałe w historii uniwersum. Z dwóch powodów. Pierwszy to bezpośrednie nawiązanie do animacji z „Holiday Special”. Tam wprowadzono Bobę Fetta, tu generała Grievousa, czyli nowy szwarccharakter z Epizodu III. Ale na tym nie koniec. Miało być interaktywnie, więc Cartoon Network zorganizował głosowanie, którego nowego Jedi powinno się wprowadzić w serialu. Do wyboru byli trzej Roron Corobb, Voolvif Monn i Foul Moudama, wygrał Monn. Dwaj pozostali pojawili się w trzeciej serii.

Trzeci sezon to zdecydowana zmiana konceptu serialu. Skoro już robimy wprowadzenie do Epizodu III, dlaczego nie zrobić tego na całego? Tyle, że nie da się tak zrobić w 20 trzyminutowych odcinkach. Zdecydowano się więc na pięć trwających od 12 do 15 minut, ale skoncentrowanych już nie tylko na samej akcji, ale również i fabule.

Było to swoiste wprowadzenie do „Zemsty Sithów”. Zresztą niejedno. Tym razem Lucasfilm dość dobrze skoordynował ten projekt, także książkowo i komiksowo. Na szczególną uwagę zasługuje tu powieść Labirynt zła Jamesa Luceno, która dzieje się w trakcie serialu i niektóre wydarzenia się pokrywają, czasem niestety też różnią. Widać to w szczególności w polskim tłumaczeniu, które niestety nie bazuje na finalnej wersji powieści. Amber chcąc wydać ją przed premierą dał do tłumaczenia wersję roboczą przed ostateczną redakcją. Ostatecznych poprawek w tekście oryginalnym już nie uwzględniono w tłumaczeniu. Choć tu warto przypomnieć, iż Amber nie jest jedynym wydawnictwem (na świecie), które dopuściło się takiego zaniedbania.

Premiera „Wojen klonów” także była naprawdę nowoczesna. Bo oprócz emisji w telewizji, fani na całym świecie mogli oglądać odcinki online, pod warunkiem, że mieli wykupione członkostwo Hyperspace (czyli fanklubie oficjalnej i przy okazji bardzo prymitywnej i raczkującej wówczas pseudo-platformy streamingowej).



Pierwszy sezon wyświetlano pod koniec 2003 roku, drugi wiosną 2004, trzeci zaś w marcu 2005.

Warto dodać, że serial z jednej strony czerpał z tego, co stworzyła Nelvana, z drugiej w pewien graficzny sposób zainspirował kolejną iterację „Wojen klonów” za którą odpowiadał tym razem Dave Filoni. Tam też przetrwała Asajj Ventress jedna z nowych bohaterek, wprowadzona w tym serialu.

„Wojny klonów” zostały wydane na DVD – o czym wspominaliśmy wyżej. Niestety nie w Polsce. Obie części były sprzedawane jako osobne płyty. Przez pewien czas serial był tez do obejrzenia na oficjalnej, ale zniknął w czeluściach dziejów. Kto wie, może wróci z resztą przy okazji platformy streamingowej?

Spis odcinków znajdziecie tutaj. Był też adaptowany w formie fotokomiksu, a także fanowskich adaptacji.

Więcej atrakcji tygodnia animacji znajdziecie tutaj.

Tydzień Animacji: Serial „ (The) Wojny klonów” – Początki

23



Serial „Wojny klonów” – Początki. Od kiedy Anakin miał padawankę?

Informacje o Ahsoce Tano – padawance Anakina Skywalkera, zostały pierwszy raz publicznie ujawnione 29 stycznia 2008 r. (aczkolwiek pierwszy trailer serialu opublikowano już 8 maja 2007 roku). Ogólnie informacja o tym, że przyszły Mroczny Lord miał uczennicę wywołała – delikatnie mówiąc – mieszane uczucia. Przeważał głos niedowierzania, że przecież podczas premiery „Epizodu III” Skywalker nie miał żadnej uczennicy. Jest to opinia na tyleż powszechna, co nieprawdziwa. W głowie Geroga Lucasa Anakin miał już uczennicę od roku 2004 – choć oczywiście jeszcze wtedy nie nazywała się ona Ahsoką i nie była Togrutą. Aczkolwiek w roku 2005, w momencie premiery „Zemsty Sithów”, niesforna pannica Tano była już konkretnym bytem.

„Intersujące, że Wojny Klonów – integralna część sagi Skywalkerów – nie została opowiedziana. Mamy trochę z jej początku w „Epizodzie II” oraz nieco w „Epizodzie III”, lecz nigdy nie weszliśmy w szczegóły co się wydarzyło pomiędzy” – ta wypowiedź Georga Lucasa z 2008 r. zwraca uwagę na dwie rzeczy. Pierwszą jest to, że Lucas nie traktował ani animowanych „Wojen Klonów” Tartakowskiego, ani tym bardziej komiksów z serii „Republic” wydawanych przez „Dark Horse” jako integralnej części sagi (co nie oznacza, że nie korzystał ochoczo z jej najlepszych elementów, jak np. Aayla Secura). Drugą rzeczą, którą możemy wyczytać między wierszami jest taka, że twórca „Gwiezdnych Wojen” miał już koncepcję opowiedzenia tych brakujących historii. Tylko, że w momencie premiery „Zemsty sithów” nie była to już tylko koncepcja. Prace nad serialem trwały bowiem od roku.

Lucas prace nad nowym serialem zaczął od podstaw – stworzenia całkowicie nowego studia odpowiedzialnego za animację – serial miał być bowiem nie produkcją aktorską, lecz opartym o grafikę 3D. Prace nad stworzeniem studia trwały od początku 2004 roku, a w roku 2005 nowy oddział Lucasfilmu - „Lucasfilm Animation Singapore” – został stworzony od podstaw w Singapurze. Studio to dostało całkowitą odpowiedzialność za produkcję nowego serialu.

Jednocześnie z założeniem nowego studia rozpoczęto poszukiwanie dyrektora wykonawczego do nowego serialu. Na ogłoszenie odpowiedział między innymi Dave Filoni. Na początku 2005 roku spotkał się on z Georgem Lucasem. Dyrektor Lucasfilmu był pod tak dużym wrażeniem przedstawionego przez Dave’a portfolio, że jeszcze tego samego dnia zaproponował mu pracę. Filoni szybko zaprezentował własną koncepcję serialu. Miał on opowiadać o statku przemytników pod wodzą kogoś w rodzaju Hana Solo – Cada, z jego dziewczyną Lupe i „mięśniakiem” – Gunganinem Lunkerem. Towarzyszyć im miała dwójka Jedi – Twi`lek Sendak jako mistrz Jedi i jego padawanka Ashla, Togrutanka. Postać bardzo przypominająca znaną nam później Ahsokę z sezonów III-V. Akcja miała koncentrować się na tajnych operacjach, przemycie broni, czarnym rynku. Postacie z Sagi miały się pojawiać tylko epizodycznie.





Koncepcję tę Filoni, razem ze scenarzystą Henrym Gilroyem, przedstawili Lucasowi. Ten od razu dał im do zrozumienia, że jego koncepcja jest inna i że serial ma się koncentrować na postaciach z Sagi – Obi-wanie i Anakinie, i że Anakin ma mieć padawankę. Gilroy i Filoni próbowali jeszcze dyskutować, że może to Obi-Wan powinien mieć nowego padawana, lecz George był tutaj bardzo konkretny i nie pozostawił pola do manewru „ będzie to sposób, aby wytłumaczyć jak Anakin stał się pełnowartościowym Jedi, oraz pokazać jak jego relacje z Obi-Wanem zmieniły się w przyjaźń dwóch równych sobie osób. Aby to osiągnąć, potrzebujemy młodszej postaci, która będzie się uczyć podczas tych historii”. Filoni wspominał, że faktem, iż to przyszły Lord Vader będzie miał uczennicę, był równie zaskoczony jak wszyscy inni.

Z oryginalnego konceptu Filoniego pozostała padawanka Ashla – oczywiście George Lucas również tutaj ingerował w najmniejsze detale przy tworzeniu tej postaci. Po pierwsze odmłodzono bohaterkę (gdyż, wg. Georga wyglądała za bardzo jak „klasyczny obcy z UFO”), robiąc z niej 14-latkę. Nowy koncept Filoniego był bardzo zachowawczy (patrz. Ilustracja), ale znowu interweniował Lucas – skrócił początkowo plisowaną spódniczkę, zmienił bluzkę na wąski top, dodał legginsy. Rozpatrzono też szereg wariantów tatuaży, zanim wybrano ten charakterystyczny, znany z serialu.









Gilroy i Lucas spierali też się o jej osobowość, ostatecznie, wbrew sugestiom Lucasa, nie zrobiono z niej bombastycznej Mary Sue, lecz osobę, która miała uczyć się na błędach i dorastać wraz z serialem.





Ostatecznie zmieniono też jej imię. Z Pierwotną Ashlę, wymyśloną a w zasadzie zapożyczoną przez Filoniego zastąpiła ostatecznie Ashoka (w międzyczasie była też wersja z „Arwin Tano”), będąca nawiązaniem do hinduskich fascynacji Lucasa. Ostatecznie Gilroy przesatawił dwie litery imienia, żeby nie było to takie „ziemskie” – i w ten sposób otrzymaliśmy Ahsokę. Zmiany były robione już w ostatnim momencie, gdy gotowy był scenariusz (w połowie 2005roku), i w którym wydrukowaną „Ashlę” zastąpiono „Ahsoką” ręcznie.





Tak w 2005 roku ostatecznie powstała Ahsoka Tano – owoc „związku” i wytężonej pracy Georga Lucasa, Dave’a Filoniego i Henry’ego Gilorya.





Wykorzystane ilustracje są własnością Lucasfilmu i zostały tutaj użyte jedynie do zobrazowania tekstu w celach edukacyjnych/promocyjnych

Wszystkie atrakcje tygodnia animacji znajdziecie tutaj.

Archiwum wiadomości dla działu "Wojny Klonów"

Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.