Fandom

Relacja z Celebration IV

Dzień Drugi – piątek 25 maja 2007

Tak na prawdę wszystko zaczęło się drugiego dnia, to jest panele, prelekcje, projekcje i tak dalej. Z tego powodu w dalszych częściach będzie mniej zdjęć a więcej tekstu, bo tak się składa, że udało mi się zrobić kilka stron notatek z rzeczy na których byłem, a powiem tylko tyle, że to były tylko i wyłącznie odnośniki punktowe, choć czasem znalazły się także i cytaty. A jak się wszystko zaczęło? Od kolejki, a jakże by inaczej. W Los Angeles panuje trochę dziwna pogoda, rano, koło ósmej ichniejszego czasu jest jeszcze pochmurno i chłodno. Gdzieś tak koło 9:30 słońce wychodzi zza chmur i nagle robi się gorąco, i to tak w ciągu dwóch trzech minut. Wtedy stanie w kolejkach robi się już mniej przyjemne. Tyle, że pierwszy dzień wiedząc, że mój program zaczyna się o godzinie 11:00, postanowiłem, iż nie będę stał w kolejce, a poczekam, aż przejdzie i wtedy wejdę do centrum na spokojnie. Mogłem to uczynić już po jakiś 15 minutach, ale tylko po to by stanąć w kolejce po raz wtóry. Tym razem do sali o nazwie Behind The Scenes Stage. Gospodarzem sali był Doug Stevens i dziwnym trafem była to sala, w której najczęściej przebywałem. A co mnie tak zaciekawiło?

The Archeology of Star Wars with Dr. David West Reynolds & Lorne Peterson

Czyli archeologia Gwiezdnych Wojen. Brzmi ciekawie, a jeszcze do tego prowadzi to David West Reynolds, autor wspaniałych pozycji jak Słowniki Obrazkowe (z Mrocznego Widma, Ataku klonów czy klasycznej trylogii) oraz Niesamowite przekroje (z Mrocznego Widma, Ataku klonów czy klasycznej trylogii). Sam dorobek robi już wrażenie, więc popchała mnie ku temu ciekawość i powiem tylko, nie żałuję.
Na początek pomocnicy w sali pomogli nam się ulokować. Potem wyszedł Doug Stevens i przedstawił swoich gości – Davida West Reynoldsa i Lorne’a Petersona, który tworzył modele do filmów z sagi, a także jest autorem albumu Sculpting the Galaxy. Doug przedstawił także pobieżnie zasady jakie panują w sali (i de facto na całym konwencie). Warto zauważyć, że całość praktycznie znacznej części paneli trwa godzinę. Na początku jest przedstawienie, potem następuje prezentacja, bądź goście odpowiadają na pytania prowadzącego, a na koniec przychodzi czas na pytania z sali.
Na końcu znajdowało się podwyższenie a na nim stolik za którym siedzieli obaj goście. Faktem jest, że Lorne Peterson praktycznie się na owym panelu nie odezwał, całą uwagę skierował na siebie David West Reynolds, który opowiedział swoją historię, wzbogacając to pokazem slajdów. Te były wyświetlane na dużym rzutniku obok, tak by nawet z końca było dobrze widzieć. David stał obok i tłumaczył. Otóż sam tytuł archeologia jest po części związany z jego pracą. Reynolds był naukowcem i pracował na uniwerystecie, gdzie studiował archeologię, a potem doktoryzował się w tej dziedzinie. Gdzieś tak podczas jednej z podróży do Egiptu wpadł mu do głowy szalony pomysł. A co by było, gdyby zacząć odkrywać, coś czego jeszcze nikt inny nie odkrył? A co powinno być jeszcze w miarę dobrze zachowane. Idea szczytna i ambitna, gorzej z wykonaniem, zwłaszcza gdy koledzy usłyszeli, co dokładnie młody doktorant zamierza szukać. Otóż jak łatwo się domyślić, wpadł na genialny pomysł, aby odnaleźć miejsca w których kręcono Gwiezdne Wojny. Dokładnie te miejsca. Samo przygotowanie zajęło mu kilka miesięcy, kiedy wszyscy inni wykładowcy po cichu lub bardziej otwarcie podśmiewali się z szalonego pomysłu. Ale David się nie poddawał, był fanem Gwiezdnej Sagi praktycznie od początku, a zbierane przez niego karty z lokacjami, które przy okazji premier filmów były dodawane do gum do żucia, tylko go nakręcały. W końcu znalazł sobie dwóch towarzyszy podróży – Michaela, paleontologa, oraz Francisa, który doskonale orientował się w Tunezji a przede wszystkim znał język francuski, przez co był wyśmienitym tłumaczem i nie raz wyciągnął ich z opresji. Tyle, że tu trzeba dodać jedną rzecz, mianowicie taką, iż wyprawa ta odbyła się prawie całkowicie w ciemno. Ot pojechali do Tunezji szukać Tatooine. Zaiste Reynolds wcześniej kontaktował się z Lucasfilm, jak również osobami odpowiedzialnymi za produkcję, by pomóc mu odnaleźć te miejsca, pokazać mapy, lub dać inne wskazówki, lecz niestety w wielu przypadkach nie było to w żaden sposób możliwe. Nikt tego nie dokumentował, a do wielu innych dokementów, które mogły by być pomocne, w Lucasfilmie nie miał dostępu. Niektóre wskazówki były wręcz niesamowicie pomocne a brzmiały mniej więcej tak – „nie pamiętam w którym to miejscu było, ale jak się wychodziło z samochodu, to wszystko było po lewej stronie”. Cóż przejechać wszystkie drogi po pustyni i patrzyć, co jest po lewej? Nie brzmiało to obiecująco, jednak cała trójka ostatecznie wyruszyła na wyprawę i znalazła kilka miejsc. Nie wszystkie, ale był zarówno dom Luke’a, kantyna Mos Eisley, stację Toshee, Mos Eisley, miejsce gdzie Jawowie pojmali R2 i wiele innych lokacji. Po pierwsze trzeba pamiętać, że przy szukaniu jakiejkolwiek lokacji, mając tylko jedno zdjęcie są nikłe szanse, by je odnaleźć. Zdjęcia są robione z jednego miejsca, gdy staniemy kilka metrów obok, ten sam kanion wygląda trochę inaczej, dlatego Reynolds już jako wytrwany archeolog, wiedział, że należy szukać raczej punktów charakterystycznych, niż całych lokacji. I przyznał, że kilka znaleziono przez przypadek, np. zatrzymując się i przypadkowo rozglądając. Owszem zdjęcia mogą być pomocne, zwłaszcza gdy się wypytuje tubylcow. Jedną z ciekawostek było poszukiwanie szkieletu smoka krayt na pustyni. Przybyli oni do miejsca, gdzie rozciągały się wydmy i wiedzieli już, że w tych okolicach kręcono właśnie pierwsze sceny na Tatooine. Jednak wiadomo, szukanie konkretnej wydmy na piasczystej pustyni, to jak szukanie igły w stogu siania. Zapytali w wiosce, czy przypadkiem, ktoś nie widział szkieletów, dopiero syn jednego z mieszkańców stwierdził, że wie gdzie to jest. I rzeczywiście zaprowadził ich do diuny, z której coś wystawało. Oczywiście pierwszy poleciał do tego Michael i zaczął wykopywać szkielet. Wcześniej to zawsze David był tym podekscytowanym, gdy znalazł coś z tego swojego filmu, jak to określali współtowarzysze. Tu właśnie najbardziej podniecony był Michael, ale bardzo szybko mina mu zrzedła. Podobno powiedział tylko jedno słowo ze zrezygnowaniem w głosie: „plastyk”.
Po powrocie David West Reynolds podstanowił podzielić się swoimi odkryciami i napisał artykuł do Insidera, i nawet nie planował, że wróci tam jeszcze w tym samym roku. Owszem myślał o kolejnych wyprawach, także związanych z Indianą Jonesem, ale póki, co musiał to odłożyć, tym bardziej, że powoli szykował się do obrony doktoratu. Zostało mu już bardzo niewiele czasu, do obrony, to okres, kiedy z uczelni doktorant praktycznie się nie rusza, gdy zadzwonił Rick McCallum z Lucasfilmu i powiedział, że bardzo mu się podobał artykuł, a że szuka lokacji do prequeli, będzie chciał odwiedzić Tunezję i przydałby mu się przewodnik. David stanął przed wielkim dylematem, lecz ostatecznie zgodził się na propozycję Ricka i ruszył ponownie na pustynie. Tym razem byli jednak sprytniejsi, część lokacji David zapisał za pomocą GPSa, dzięki czemu można było je o wiele szybciej znaleźć. Ale udało się im także odkryć nowe. W tym także dom Bena, na wyspie Dżerba. Jadąc samochodem nagle Rick wskazał palcem, o zobacz, chatka Kenobiego. David nie wiedział, czy producent sobie robi jaja, czy to faktycznie to. Z daleka nie wyglądało, a tym bardziej, że w okolicy było widać doskonale również morze Śródziemne, jednak ostatecznie się zatrzymali. To było to. Scena ta jest nakręcona nad samym brzegiem morza, ale tak, by nie było go widać, to zmyliło archeologa.
Druga wyprawa skończyła się. David obronił tytuł, ale nie został na uczelni. Dostał nową pracę w Lucasfilmie i zajął się odkrywaniem wielu tajemnic, grzebaniem w archiwam, a także szukaniem logiki w przedmiotach czy okrętach. Jak wspomniał Lorne Peterson one były budowane, by ładnie wyglądały, nie by były zgodne z prawami fizyki. Tymi właśnie rzeczami zają się Reynolds. I to właściwie był też jedyny wkład w dyskusję Petersona. A właśnie takie zadania teraz czekały Davida. Miał też szansę by robić nowe zdjęcia i to właśnie jego widzimy na okładce Słownika Obrazkowego z klasycznej trylogii w kostiumie Vadera. Wspominiał również, że na początku swej pracy, bardzo go to kręciło, dodawanie siebie w różne miejsca, stąd nawet stworzył postać, która się nazywa David West Reynolds i jest narratorem książeczki – przewodnika po grze TIE Fighter, której on jest autorem.

Potem przyszedł czas na pytania. Zapaliły się światła na sali. Doug Steves kazał utworzyć kolejkę na środku i do końca panelu ludzie zadawali pytania, właściwie wszystkie dotyczyły podróży Davida West Reynoldsa. Bardzo żałuję, że nie mogłem uczestniczyć w drugim panelu pt. „The Archeology of Indiana Jones”, ale może będzie na Celebration Europe. Natomiast sama kwestia podróży na lokacje, będzie jeszcze poruszana w dalszej części relacji.


Gwiezdne Wojny: Słownik Obrazkowy. Przewodnik po postaciach i obcych istotach z Gwiezdnych Wojen a w kostiumie Vadera na okładce autor, doktor David West Reynolds


Doktor David West Reynolds na pustyni szuka pozostałości po Gwiezdnych Wojnach


Lorne Peterson, „pomocnik” przy pracy


A tu w Insiderze #27 opublikowano efekty pracy i wyprawy Davida West Reynoldsa


I mapa Tunezji z zaznaczonymi lokacjami z Gwiezdnych Wojen (pochodzi ze strony Wookieepedia)

Następny w kolejce miał być taniec brzucha. Dokładnie zaczynał się o 12:00, ale tu właśnie pojawiło się pierwsze zetknięcie z twardą rzeczywistością. Panel Reynoldsa się trochę wydłużył, dosłownie kilka minut i drzwi do Celebration Theater były już zamknięte. Cóż porawdzić, poszedłem do kolejnego stanowiska (gdzie miałem program za godzinę bo o 13:00), tym razem do miejsca nazwanego Petree Stage, gdzie prowadził wszystkoo Scott Chernoff. Był on gospodarzem na Celebration I i Celebration II, a także pisywał do Insidera, ale przede wszystkim jest komikiem i to widać, bo ma zupełnie inny sposób podejścia do publiczności. Doug był bardziej naukowy, Scott podchodził do wszystkiego trochę bardziej na luzie i przede wszystkim nie schodził w ogóle ze sceny.

The Producers: Howard Kazanjian & Robert Watts; Star Wars & Indiana Jones
Kolejny panel to spotkanie z producentami, na którym wcześniej miał być pewnie jeszcze Rick McCallum, ale w programie papierowym (tym darmowym, a nie pamiątkowym) już go nie było. Jednak była niespodzianka, poza nimi dwoma pojawił się także Gary Kurtz, czyli producent „Gwiezdnych Wojen” i „Imperium kontratakuje”. Howard Kazanjian (czytają to Kazadżan) był współproducentem „Powrotu Jedi” oraz „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”, a Robert Watts – menadżer produkcji ANH, pomocnik producenta w TESB, koproducent w ROTJ i Poszukiwaczach, oraz producent „Indiana Jones i Świątynia Zagłady” oraz „Indiana Jones i Ostatnia Krucjata”, pracował również nad „2001: Odyseja kosmiczna” czy „Żyje się tylko dwa razy”, wystąpił także w Powrocie Jedi jako porucznik Watts, kierowca AT-ST, wespół z majorem Marquandem (w tej roli reżyser Richard Marquand). Rozmowa niestety jest nie do odtworzenia, ale kilka rzeczy, udało mi się zapisać. Na początku oczywiście prowadzący przedstawił gości, tu warto dodać, że Howard Kazanjian jest raczej małomówny, Robert Watts to z kolei gaduła straszna, ale najciekawiej prawi Gary Kurtz, to człowiek z największą głową z nich wszystkich i zna masę niesamowitych anegdotek.
Rozpoczęło się spokojnie, Robert Watts między innymi wspominał, że przed pracą nad Gwiezdnymi Wojnami, uznał, że praca na planie Bonda to najtrudniejsza rzecz, z jakimi przyszło mu się mierzyć. Gwiezdne Wojny to przebiły i to bardzo, mało tego zmieniły sposób realizacji filmów, coś co niegdyś było domeną agenta 007, teraz stało się synonimem dobrego filmu rozrywkowego. Z drugiej jednak strony, pomimo tego ogromu, Gwiezdne Wojny trudno uznać za film SF. Watts wspominał, że gdyby na planie u Stanleya Kubrika, reżyser zauważył, że modele okrętów nie posiadają śluzy powietrznej, to nie tylko byłaby awantura, ale nie ruszyliby dalej z miejsca. George Lucas nad takimi szczegółami przechodził bez zmróżenia oka. Potem padło pytanie o to, gdzie byli producenci w chwili premiery Nowej Nadziei. Z przyczyn oczywistych nie dotyczyło ono Kazanjiana. Gary Kurtz stwierdził, że był zajęty promowaniem filmu, ranek rozpoczął w programie „Good Morning America”, gdzie próbowano go wypytać o czym, to jest, i co w tym tak wyjątkowego, lecz on starał się nie opowiadać, mówiąc bez ogródek, idźcie na ten film. Wieczór zaś skoćzył udzielając wywiadu w radiu i zdziwiły go bradzo szczegółowe pytania o sam film, po audycji zapytał się dziennikarza, czy ten już go widział. Ten potwierdził, a potem dodał, czterokrotnie (w dzień premiery). A był to nielada wyczyn, bo Nowa Nadzieja weszła do zaledwie do 32 kin w Stanach. Było to spowodowane tym, że tylko tyle z nich w roku 1977 miało zainstalowane systemy Dolby Stereo. Robert Watts był w tym czasie w Afganistanie, gdzie kręcił kolejny film. O premierze przeczytał w „Timesie”.
Potem Kurtz wspominał pracę nad Imperium kontratakuje. Najbardziej zapadło mu w pamięci to, że nad lodowcami latały helikoptery z fanami i dziennikarzami, którzy koniecznie chcieli podejrzeć, co się dzieje. Skończyło się tym, że Kurtz musiał załatwić interwencję wojska, by Finse stało się strefą zamkniętą dla lotów.
Następnie padło pytanie o Indianę Jonesa. Howard Kazanjian stwierdził, że nie za bardzo chce się o tym wypowiadać, ale to było ciężkie starcie i że pewnego dnia napisze o tym wszystkim w książce, jak na prawdę powstawał Indiana Jones. Ale zdradził jedno, że ani Spielberg, ani Lucas nie chcieli w tej roli Harrisona Forda. Tu się wtrącił Gary Kurtz, który potwierdził, że Lucas miał manię, by nie używać tych samych aktorów. Jeśli już raz wystąpili w jednym z jego filmów, nie za bardzo chciał ich widzieć w kolejnych, przez to nie chciał również Forda w Gwiezdnych Wojnach. Potem Gary ponownie wspominiał o produkcji Gwiezdnych Wojen, zwłaszcza początku, kiedy toczył pewne boje z Georgem. Otóż jedną z jego koncepcji było, by cały film opowiadać w jakimś starym, wymarłym albo jeszcze lepiej wymyślonym języku, a widzowie musieli wszystko czytać, jednak Kurtz ostatecznie wybił mu to z głowy.
Później znów przyszły opowieści o słynnym archeologu, gdzie Howard i Robert wspominali jak kręcili scenę otwierającą „Poszukiwaczy Zaginionej Arki” na Hawajach, z Alfredem Moliną. Potem Watts powiedział, co myśli o 20th Century Fox, które Gwiezdne Wojny prawie zawsze traktowało jak konieczny smród, którego lepiej nie ruszać. Pewnie dlatego, Lucas i Spielberg udali się z Indianą Jonesem do kogoś innego, a George nie miał sił reżyserować kolejnych filmów, czy po Powrocie Jedi robić czegokokolwiek. Fox ponoć nie chciał dawać kasy i piętrzył trudności, to była ciężka przeprawa.
Potem prowadzący zapytał o to jak oni widzą George’a Lucasa jako reżysera. Gary Kurtz stwierdził, że to człowiek spokojny, nieśmiały, zamknięty w sobie, nie lubiący dużych grup, raczej woli przebywać w małej grupie znanych mu osób. Często nie mówi nic. Natomiast dla niego bardzo ważny jest casting, obsadzenie roli i liczy na inteligencję i empatię aktorów, którzy jego zdaniem powinni się sami wczuć w rolę, nadali jej kształt, byli naturalni i zżyli się z nią. Dlatego raczej ich sam nie instruuje, daje im się wykazać, ale jak widać w prequelach, ma to także konsekwencje, gdy aktorzy nie potrafią dobrze się wczuć. Watts natomiast stwierdził, że Flanelowiec jest wspaniałym montażystą, wielkim wizojonerem i osobą, która mocno przysłużyła się dla przemysłu filmowego, ale stwierdził, że to jakim on jest reżyserem zostawi dla siebie, a już na pewno nie będzie tego mówił publicznie, dając do zrozumienia, jak nisko ocenia kunszt Lucasa.
Kolejnym pytaniem było to, co było najtrudniejsze dla nich przy pracy nad Gwiezdnymi Wojnami. Otóż Gary Kurtz stwierdził, że najgorzej szło z przekonaniem do SF ludzi i ludzi związanych z SF, zarówno w 20th Century, ale również, co może być bardzo zaskakujące fanów fantastyki. Bo co z tego, że w roku 1976 jeździli na konwenty i opowiadali, że w maju 1977 zobaczycie z jakim świstem poruszają się nad planetami okręty kosmiczne, a tu od razu ich naskoczono, że przecież w kosmosie nie ma prawa być nic słychać. Podobnie było z aktorami, którzy nie chcieli grać w kinie SF i całą masą innych twórców, która bała się później zaszufladkowania z filmami klasy B. Robert Wats powiedział, że najtrudniejsze dla niego były chwile z dopinaniem budżetu w TESB, że wszystkim puszczały nerwy. Uznał też, że niewątpliwie dla George’a Lucasa najtrudniejszą rzeczą była Zemsta Sithów, bo musiał wszystko połączyć i jeszcze opowiedzieć w tym filmie jakąs historię, by był spójny.
Na koniec Howard Kazanjian opowiedział pewną anegdotkę, o tym jak to było z tytułem do Powrotu Jedi. Lucas wielokrotnie twierdzi, że od początku miał być to Powrót Jedi (Return). I to według Kazanjiana jest prawda, ale tylko po części. Otóż zaiste na samym początku Lucas przyszedł z tytułem, „Return of the Jedi”, dopiero potem zamienił go na „Revenge of the Jedi” (Zemsta Jedi). Howard ponoć zapytał go oto, czy Jedi może się mścić, ale Lucas stwierdził, że tak ma być. Dopiero tuż przed premierą, wrócił do niego i powiedział, że musi być Powrót, bo Jedi wracają, Luke Skywalker wraca, a pozatym Jedi się nie mszczą.


Sala Petree Stage


I logo konwentu


Gary Kurtz


Gary Kurtz


Robert Watts, Howard Kazanjian i Gary Kurtz


Howard rozdaje autografy po panelu, niestety po paru minutach chętnych rozgoniono



1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 (13) 14 15 16 17 18 19 20 21


Tagi: Celebration (9) Konwent (55) Relacja (301) Zdjęcia (7)
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.