Książki

Galaxy of Fear #1: Eaten Alive


Autor: John Whitman
Oryginalny tytuł: Galaxy of Fear #1: Eaten Alive
Wydanie PL: brak
Wydanie USA: Bantam Spectra 1997
Przekład: ---
Okładka: Steve Chorney
Stron: 140
Cena: 4,99 USD

Recenzja Lorda Sidiousa

Jak wieść niesie, cykl „Galaxy of Fear” Johna Whitmana do najlepszych nie należy, mało tego, to podobno dość ekstremalne dzieło. Moje pierwsze wrażenie jest takie, jakby ktoś skrzyżował absurdalność cyklu wydanego przez Skylark (np. The Glove of Darth Vader) z topornością większości książeczek z cyklu „Last of the Jedi” Jude Watson, tyle, że to wszystko jeszcze bardziej pogłębił. Istnie ciężkie do przełknięcia dzieło. Sto czterdzieści stron, dużą czcionką, coś co nie powinno zabrać więcej niż godzinę czytania, zajęło aż cztery wieczory.

Ale może od początku. „Galaxy of Fear” to seria młodzieżowa z 1997 roku wydawana przez Bantham, podobnie zresztą jak „Młodzi Rycerze Jedi”. Tym razem jednak pomysłem przewodnim było aby odejść od głównych bohaterów sagi (pomysł bardzo dobry). Głównymi bohaterami jest rodzeństwo Tash (dziewczynka) i Zak (chłopiec) Arranda. Biedne to dzieci, zostały wysłane na pozaplanetarną wycieczkę, a w tym czasie Imperium zniszczyło ich rodzinną planetę – Alderaan, zabijając nie tylko rodziców, ale i praktycznie wszystkich, których znali. Harry Potter to przy nich szczęściarz. Dziećmi zaopiekował się ich tajemniczy wujek Hoole, który nawet nie jest z nimi spokrewniony. Jest on przedstawicielem rasy Shi’do, która za punkt honoru uznaje zobowiązania rodzinne. A ponieważ był on mężem jakiejś tam odległej ciotki rodzeństwa, postanawia się nimi zająć. Zabiera je na swój statek – Lightrunner i zaczynają swą galaktyczną przygodę. Na pierwszy ogień idzie planeta D’vouran, gdzie spotykają Hana, Leię i Luke’a. Tyle, że sprawa się trochę komplikuje, bo wujek ma pewne problemy z huttem Smardą, dzieci oczywiście są wrażliwe na Moc, a na planecie znikają ludzie. Nie wiadomo dlaczego, nagle znikają i już. Oczywiście będzie trzeba to rozszyfrować. Sam pomysł dlaczego znikają, jest wręcz niesamowity, ciężki do wymyślenia samemu, dalej będzie spoiler, więc jak ktoś chce uniknąć, radzę przejść do kolejnego akapitu. Okazuje się, że cała planeta jest imperialnym eksperymentem, a naukowcy są tak szaleni, że stworzyli coś w stylu żywej planety. Może nie tak jak Zonama Sekot, ale to właśnie sama planeta zjada ludzi, dlatego znikają. Nie muszę dodawać, że eksperyment wyrwał się spod kontroli. Oczywiście na ile to się kupy trzyma widać, ale jeśli dalej w serii będą tego typu pomysły, to będzie ładnie. Sam nie potrafię jednak zrozumieć jakie zastosowanie miałaby taka broń, w każdym razie jest ona śmiercionośna, a może raczej śmierciożercza.

Inna sprawa, która mocno rzuca się od razu w oczy, to same dzieci. Jak na osoby, które prawie dopiero co straciły wszystkich swoich bliskich, czują się nad wyraz dobrze. Innymi słowy, psychika postaci leży od samego początku, mamy ich polubić przez żal i tyle, historia zupełnie nie wpływa na postaci. Mnie się to nie podoba.

Problemem jest też sposób pisania Whitmana, nie jest on porywający, właściwie przez większość czasu niewiele się dzieje. Bohaterowie są sztuczni, próbuje się wzbudzić sympatię do nich głównie dlatego, że los był dla nich tak niesprawiedliwy. Dodatkowo, zupełnie niepotrzebnie, pojawia się masa znanych postaci z filmów, które właściwie nie wiadomo, po co są w powieści, może po to by przypominać czytelnikowi, że akcja dzieje się w świecie Gwiezdnych Wojen, bo z reszty to nie wynika. Chyba największym plusem jest okładka, przynajmniej w wydaniu kolekcjonerskim, z pewnym potworem na hologramie. Co to jest, niezbyt wiadomo, ale okładka ciekawa.

Jeśli miałbym oceniać pierwszy tom pod kątem czy zainteresował mnie, by sięgnąć po kolejne, stwierdziłbym, że nie. Jedyne co w pewien sposób mnie ciekawi, to czy chora wyobraźnia autora da o sobie jeszcze znać. Ale do tego wystarczyłby dobre spoilery, nic więcej.


Ocena końcowa
Ogólna ocena: 1/10
Klimat: 1/10
Opis świata: 2/10
Rozmowy: 2/10



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 2,60
Liczba: 5

Użytkownik Ocena Data
Horst 6 2015-09-24 18:08:30
Vergesso 4 2016-10-13 16:29:25
arti789 1 2009-08-20 15:15:46
Elendil 1 2009-08-04 18:17:59
Lord Sidious 1 2009-06-28 22:24:08

Tagi: Bantam Books (73) Galaxy of fear (12) John Whitman (14) Steve Chorney (12)

Komentarze (5)

Od czasu przeczytania recek LS-a oczekiwałem po Galaxy of Fear czegoś kompletnie dziwnego, absurdalnego i napisanego na haju. I o to chodziło, kiedy postanowiłem przeczytać Lemony Snicketa w Gwiezdnych Wojnach:P
A tym czasem okazuje się, że pierwsza część tej dziwnej serii książeczek była przede wszystkim… nudna.
Jak na młodzieżowy horror przystało mamy dzieciaki doświadczające czegoś dziwnego, horrorowego którym oczywiście nikt nie wierzy, jak na starwarsową Serię Niefortunnych Zdarzeń przystało mamy dziwnego złowieszczego wujka, a jak na SW przystało mamy też wciśniętych Luke’a, Hana, Leię, Vadera i Imperium. Większość książki jest nudna, ot przerażające łapanie za ramię, niepewność, ucieczki przed gangolami… zaczyna się rozkręcać dopiero pod koniec, kiedy okazuje się, że planeta zjada ludzi którzy na niej stoją, że wymyśliło to Imperium (po jaką cholerę im zjadająca planeta? Jako potencjalna baza dla Rebeliantów podrzucona w „prezencie”?), mieszkańcy mają specjalne języki, a do tego wszystkiego coś, co rozjebało mnie najbardziej, czyli:
Sokół Millennium spieprzający przed goniącą bohaterów planetą. I nie, to nie jest żart.

Absurdy i kretynizm potrafią się z tego nieźle wylewać, ale za rozbawienie mnie pod koniec dam aż 4/10 :D W sumie mógłbym dać nawet wyższą ocenę, gdyby nie towarzyszące ogromne uczucie nudy w ¾ książki. Skoro stare EU zostało wywalone w piździec przez disneyowców, to w sumie co za różnica na ile to ma logiczny sens?
I jestem cholernie ciekaw, jak będą wyglądać pomysły Johna Whitmana w kolejnych książeczkach!

Najbardziej razi nazewnictwo - jest sobie planeta, która nazywa się P`żeracz, mieszkają na niej Enzimy (tłumaczenia nazw moje :)) i nikomu nie przyszło do głowy aby skojarzyć co tam się dzieje. Sam pomysł żywej i głodnej planety nie jest taki zły (przypomina trochę Planetę śmierci Harry`ego Harrisona), szkoda tylko, że wmontowano w to w głupi sposób Imperium - znacznie lepiej by to wyglądało gdyby D`vouran był dziełem natury, Vongów (tyle, że jeszcze nie istnieli w kanonie w chwili pisania Zjedzonych żywcem) lub kogoś zupełnie niezależnego.
Holograficzna okładka z Enzeemem pokazującym jęzor aż pachnie latami 90 :)
Ode mnie książeczka dostaje 6\10 - przyjemne, lekkie czytadełko do poczytania na tronie :)

Resvain -> Pewnie wyleciało z kanonu przez zapomnienie. ;p

i to dziadostwo jest kanoniczne? ;/

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.