Twórczość fanów

Krzyki rozpaczy

Autor: Dawid A. "Dave" Kiljański



W mej spowitej chmarami gęstego i soczystego lęku duszy pulsowała esencja wewnętrznego panicznego strachu. Ciśnienie rosło. Ciężki, drażliwy dla delikatnych zmysłów ludzkiego węchu swąd przypalonego metalu roznosił się po kończącym swą służbę krążowniku - „Błysk Świtu” ogarnął pożar, strach i panika załogi. Ta bitwa była przegrana - rzecz pewna.
-Sh’a!- jedwabisty głos dobiegł z końca przetransformowanego w sterty gruzów mostka. Odwróciłem się i począłem wyłuskiwać z dymu powabną sylwetkę. Odnalazłem ją.
-Sha’a!- znów rozległ się rozbrzmiewający opanowaniem i wszechwiedzą głos. -Tutaj!- odrzekłem. Z każdym słowem i chociażby najpłytszym wdechem żrący dym trawił me płuca. Postanowiłem przedrzeć się przez gęste tumany i udać się razem z mistrzynią do ostatnich z przerzedzonych przez spanikowaną załogę, kapsuł ratunkowych. Zwlekałem jednak zbyt długo z podjęciem tejże banalnej decyzji.
Za późno.
W mgnieniu oka odwróciłem się i ujrzałem pejzaż pustynnej planety skąpany w nacierającej z coraz to większą siłą fali tysięcy bezmózgich droidów. Zalana rozżarzonym piachem powierzchnia soczyście wykrwawiającej się planety była tuż, tuż co uświadomiłem sobie z wewnętrznym bólem i goryczą. Me zalane słonymi strużkami potu ciało przeszył mroźny i srogi dreszcz – armia klonów została zmieciona z powierzchni planety. Nie chciałem nawet wspominać co się z nimi stało. Przymknąłem oczy, zacisnąłem hardo pięści i zęby, lekko krusząc je. Przesiąkałem wręcz gniewem. Nieopisane uczucie targało mym zrozpaczonym sercem.
Statek był coraz bliżej piaszczystej powierzchni. Zaraz miał uderzyć z niewyobrażalną siłą. Zaraz miała wykwitnąć niewyobrażalna eksplozja, która momentalnie miała pochłonąć pozostałych na pokładzie.
Podczas starć na orbicie tego zapyziałego światka jeden z generałów został ciężko ranny, a pewien mistrz Jedi poległ zestrzelony przez działa wrogich okrętów.
Ta bitwa miała być wygrana! Niemożliwością była porażka!
Tak wielu logistów i dowódców, tak olbrzymia armia. I tylko jedna fabryka droidów do zniszczenia... Kiedy republikańscy szpiedzy dowiedzieli się o wyjątkowych siłach strzegących strategiczny czuły punkt Konfederacji jakim była niewielka i nikle zamieszkana planeta Hypori znacznie wzmocniono siły, które to miały zrównać wytwórnię robotów bojowych z ziemią. Tylko geniusz mógł spłodzić strategię tak idealną i perfekcyjną, żeby doprowadzić do sytuacji, w której się obecnie znajdowaliśmy.
Sytuacji godnej pożałowania i wszelako beznadziejnej.
Me zadumanie przerwał niewyobrażalny huk. Statek runął. Uderzył w rozgrzany piach i rozpoczął się spektakl istnej pożogi. Roboty bojowe – bezmózgie, blaszane maszyny gotowe szerzyć mord na niewyobrażalną skalę - bez chwili wytchnienia ostrzeliwały zrujnowany „Błysk Świtu” chcąc unicestwić ostatnich niedobitków w postaci żołnierzy i pozostałych przy życiu Jedi. Wrak po chwili ewoluował w potworne cmentarzysko. Garstka klonów rozsianych po rozprutym niczym paczka tanich racji żywnościowych, wraku bezcelowo odpierała ataki armii. Czułem podziw przesycony żalem przypatrując się przez popękany, olbrzymi iluminator jak ich martwe ciała, niczym wory żwiru i strzaskanych kości spadają w mroczne odmęty „Świtu”.
Rozciągnąłem obolałe zmysły, tonąc w nurcie Mocy. Me wątłe mięśnie napięły się – po chwili pełen wigoru i chęci napiąłem nogi do skoku. Bez namysłu postanowiłem ruszyć przez dym. Statek był na tyle przekrzywiony w tym cholernym pionie, iż byłem zmuszony wspomóc się potęgą Mocą - ta jednak nie zdała się na wiele. Wysilając obolałe dłonie rozpocząłem morderczą wspinaczkę, wspomagając się rozgrzanymi prętami wystającymi z rozprutej podłogi.
„Błysk” okrutnie zawibrował. Iluminator pękł a szklane odłamki pokaleczyły me wyczerpane ciało pozostawiając szkarłatne smugi na poobdzieranym płaszczu. Będąc zbyt wycieńczonym wydałem bezgłośny ryk cierpienia. Wnet, przez gwar bitwy przedarło się kilka zbłąkanych błyskawic laserowych, które cudem wyminęły mnie przekształcając się po chwili w hebanowe ślady na ścianach i nieopodal miejsca mego położenia. Dosłyszałem pulsujący huk salwy rakiet wystrzelonej przez wroga. Pewna rakieta przedarła się przez mętny opar dymu dzielący pole bitwy od okrętu i uderzyła rozsadzając znaczną część mostka. Eksplozja, która to jedynie swym ostatecznym podmuchem musnęła me przesiąknięte potem ciało wywołała potężny wstrząs, który pobudził drgania otoczenia. Oderwałem się od kolejnego pręta i runąłem tnąc przestrzeń. Po chwili dostrzegłem kolejne pręty i ostre niczym brzytew odłamki szkła znajdujące się tuż pode mną.
Pogodziłem się z nadciągającą zagładą. Lecz nieokiełznana wola życia nie pozwoliła mi beznamiętnie zginąć na marne. W niewyobrażalnie krótkim momencie, od mego skórzanego pasa odpiąłem stalową rękojeść mego świetlnego miecza. Kładąc obolałe palce na broni, odczuwając dreszcz dotyku chłodnej stali poczułem ulgę i wzrastającą potęgę.
Byłem gotowy.
W przestrzeni zawisł słup seledynowego lasera. Wytężyłem piwne ślepia przypatrując się szkłu oszacowując odległość pomiędzy mną a podłożem. Lśniło w jaskrawym blasku bijącym od mej klingi. Po chwili ostrze zatopiło się w osmalonej, popękanej ścianie.
Rozpoczęła się szaleńcza, mordercza wspinaczka kiedy to za pomocą mej laserowej broni, podtrzymując się jedną ręką jednego z prętów wspinałem się ku wyżynom. Okręt zaś trwał w przechyleniu w pionie. Była to długa i wyjątkowo wyczerpująca wędrówka, ale zakończyłem ją dziwnym acz szczęśliwym trafem. Unosząc ślepia ku wyżynom począłem składać serdecznie dzięki Mocy, za pomoc w mordędze. Następnie powstałem i bez namysłu pomknąłem ku gęsto zadymionym korytarzom statku.

Przedzierając się przez opary krztusząc się i dusząc wymijałem ogniste słupy i bezwładne, martwe ciała marynarzy, żołnierzy i oficerów. Me piwne oczy zabarwiły się szkarłatnym kolorem zaś twarz przyjęła odcień skóry pobladłego Noghri.
Po kilkunastu minutach, trwających wiecznie w mej świadomości, dotarłem do rozwidlenia korytarzy prowadzącego przez cały wrak do różnorakich, teraz opustoszałych, zawalonych i zdewastowanych - sal. Bez namysłu rozdarłem klingą miecza podłoże i wdarłem się do ziejącej ciemnością otworu otchłani trzewi okrętu.
Rozpocząłem przedzieranie się przez mroczne zakamarki wnętrza „Błysku”. Brnąłem bez chwili wytchnienia, oplatany wiciami samotności i lęku. Dość, dość, dość! – kołatały się po mym udręczonym umyśle puste myśli.
Cały osmalony i brudny od oleju i paliw zauważyłem... światło.
Nędzny blask przedzierający się przez odmęty trzewi. Blask ostatniej nadziei. Przeczołgałem się przez wąski otwór ocierając się o kable, rury i inne przewody. Dotarłem do otworu i uświadomiłem sobie iż to rozpruta część powłoki statku. Poczułem ulgę i radość mimo świadomości iż na zewnątrz na me życie czyha mordercza armia robotów. Jednakże wrodzony pesymizm przyćmiła świadomość iż wydostane się z tego koszmaru! Po chwili byłem już w stanie odetchnąć świeżym, czystym powietrzem; korzystając z okazji wydostałem się z okrętu...
Osłaniały mnie części skrzydła, które zostały oderwane podczas niefortunnego lądowania. Skryłem się w cieniu. Pogrążyłem się w swych własnych myślach - musiałem odszukać innych Jedi co bez wątpienia było mą priorytetową misją. Wówczas roboty były gotowe by rozpocząć ostrzał w momencie dostrzeżenia najlżejszego drgnięcia w zasięgu ich wyczulonych wizjerów. Rozmyślając czułem kojący spokój – rozkoszny i łagodny po tak wielu godzinach męki. Byłem tak wyczerpany, tak senny... tak...
Nie zdążyłem nawet na chwilę przymknąć powiek, a minęło już prawie kilka godzin. Zostałem wyrwany z kojącego snu przez burzliwą eksplozję i szarpiący zmysły zgrzyt piachu o metal. Był to wyjątkowo nieprzyjemny odgłos.
Tak, dobrze słyszałem - ewidentnie ktoś się zbliżał. Nie musiałem spojrzeć aby po charakterystycznych tonach głosu poznać iż są to zwiadowcy Konfederacji – dwa roboty bitewne.
Postanowiłem iż ukryje się we wraku statku. Było to najrozsądniejsze rozwiązanie, przy świadomości, że roboty w mgnieniu oka mogą mnie odnaleźć. Z Mocy wyłuskałem zanikające skupisko setek pulsujących obwodów i licznych procesorów – roboty oddalały się.
Kiedyż to właśnie przebiegałem dystans dzielącym mnie od dość sporego fragmentu statku, za którym się ukrywałem, a „Błyskiem” zagapiłem się. Jakiż byłem nierozsądny!
Naokoło mnie przestrzeń przecięły szkarłatne błyskawice laserów. Ponownie skryłem się za szczątkami, a me serce uderzało niczym młot. Me włosy momentalnie przesiąkły gorzkim potem – mroźnym i srogim. Z mego wycieńczonego umysłu ulotniła się jakże ważna myśl, iż czyhają na nas roboty. To z pewnością od co najmniej kilku minut nie była dobra kryjówka. Wtem nastąpiła druga donośna eksplozja i wszystkie fakty złączyły się w jedną perfekcyjnie dopasowaną całość - rozpoczęto poszukiwania Jedi. Wysadzali wrak w celu odszukania ostatnich z nas. Strach opętał me serce, niczym ściśnięte, durstalowe i mroźne łańcuchy zadające szatański ból. Biło coraz to szybciej i głębiej.
Czy moi towarzysze przeżyją? Czy w ogóle żyją? Czy ja przeżyje? – przesycone pesymizmem pytania kołatały się po mym umyślę. Czułem zbliżające się roboty. Nie było żadnego wyjścia.
Po chwili na myśl przywiodły mi się często powtarzane słowa mistrza Barreka - „Choćby twa sytuacja była żałosna zachowaj spokój - jest ukojeniem twej duszy. Wspierając się nim wyczulisz zmysły na podszepty Mocy”.
Przymknąłem powieki i poniosłem próbę opanowania się – zakończyła się ona fiaskiem; nie dawałem rady! Wsparcie Mocy było znikome, znikąd pomocy…
Och...
Niespodziewanie zza mych pleców dobiegł chrzęst metalu. Ma dłoń spoczęła na stalowym ostrzu. Powoli odwróciłem się i począłem wpatrywać w mrocznych cieniach skrzydła statku które odpadło podczas nieszczęśliwego „lądowania”. Wiedziałem, iż coś kryło się w mrocznych odmętach, ale co? Po chwili dostrzegłem lekkie drżenie w mroku, ale...
-Sha’a! - dosłyszałem stłumiony szept młodzieńczego głosu.
-Któż…? - odparłem, ale głos wnet urwał mi:
-To ja Tarr Seirr - odszepnął Cereanin.- Choć tu szybko! Roboty są zajęte!
Skoczyłem. Było to niewyobrażalne mgnienie dla wizjerów robotów i nie dostrzegły mnie. Wraz z Seirrem zatopiłem się w mroku. Po chwili milczenia dosłyszeliśmy odległe o kilka metrów metaliczne falsety robotów:
-Generale, nie odnaleźliśmy Jedi. Są martwi.
Roboty żwawym krokiem oddaliły się. Odczekaliśmy kolejne minuty, a następnie stłumionym tonem zadałem memu rówieśnikowi pytanie:
-Gdzie są nasi?- Byłem wielce ciekaw czy roboty zwiadowcze podzieliły się ze swym dowódcą prawdą po części.
-Wewnątrz wraku. Mistrz K’Kruhk użył kamuflażu Mocy dzięki któremu udało nam się zachować naszą pozycję w tajemnicy. Nie odnaleźli nas. Zwiedliśmy ich.
Przytaknąłem. Musieliśmy czym prędzej ruszać. Czas mijał, atak samego generała był już pewny... i bliski.

Przemykaliśmy niczym bezszelestne cienie, pomiędzy szczątkami „Błysku”. Skakaliśmy po wystających prętach i zwisających rurach. Statek był kompletnie zdemolowany. Bitwa na orbicie i ostrzał robotów na powierzchni wykrwawiły okręt doszczętnie.
Przemykając pośród trzewi martwego wraku w idealnym milczeniu wspomniałem mą zamierzchłą misję w towarzystwie mistrza Barreka. Odbyła się ona na odległej planecie Vorzyd V ponad trzy lata wstecz kiedy to zakradaliśmy się zakamarkami bazy diabolicznego szaleńca jakim był genetyk Atha Prime obecnie współpracujący z Konfederacją. Dzięki naszej inicjatywie powstrzymaliśmy zmodyfikowanego morderczego wirusa przekształcającego inteligentne byty w zdeformowane istoty. Wykorzystaliśmy broń Prime’a przeciwko niemu…
Nie był to jednak czas na rozpamiętywanie przeszłości. Niespodziewanie szybko upłynął czas na dotarcie do miejsca naszego położenia. Byli tam wszyscy pozostali przy życiu. Zarówno kilku żołnierzy jak i mistrzowie. Spośród całego towarzystwa odszukałem mego mistrza. Stęskniłem się za nim – był dla mnie jak ojciec. Wszystko bez przerwy dłużyło się tak niemiłosiernie. Spocząłem mając dość.
-Czas najwyższy - idę negocjować.- warknął ostro mistrz Barrek.
Niejednokrotnie dowiódł że nie jest negocjatorem wybitnym, więc zaczęły targać mną straszliwie złe przeczucia...
-Nie zezwolę na to! To zbyt niebezpieczne posunięcie! Zdradzisz naszą pozycje, a maszyny rozstrzelają cię do nagich kości!- rzucił K’Kruhk poprawiając rozczochrane futro i słomiany kapelusz. Zacisnął pięści i wyszczerzył ostre kły w gniewnym akcie.
-Tak, to zostańmy tu do końca życia i czekajmy na cud!- ryknął Barrek, a jego krzyk obficie ociekał sarkastycznym zabarwieniem. Ogarniała go paranoja. Podobnież jak i mnie. Zachowywałem spokój i nie dałem po sobie poznać mego nieokiełznanego szaleństwa.
Zignorował uwagę Whipida, a następnie władczym tonem zagrzmiał:
-Żołnierze, komandorze Pholus. Udam się do generała wrogiej armii w sprawie… negocjacji. Będziecie mnie eskortować.
-Tak, generale - odparł Pholus.
Po kilkunastu sekundach znajdowali się już poza wrakiem; tuż po ich wybyciu rozległ się donośny okrzyk: „Nie strzelać, chcemy negocjować!”. Zapanowała długa cisza przerywana jedynie stukotem obuwia Jedi i żołnierzy. Wszyscy Jedi zaciekawieni bądź też zupełnie pewni nadciągającej zagłady Daakmana podbiegli do szpar i potłuczonych okien, aby oglądać dyplomatyczny, popisowy spektakl Barreka. Jedi powoli zbliżał się do lśniących w żrącym słońcu Hypori śmiercionośnych maszyn jakimi były roboty tajemniczego kolosa.
Przestrzeń pulsowała lękiem i napięciem. Generał władczo i z wyższością przypatrywał się rycerzowi, który powolnym krokiem dotarł do dowódcy. Strateg wysoki był na dwa metry co najmniej, całość jego ciała była pokryta śnieżnobiałym pancerzem obronnym, a jego żółtawe oczy przerażały. Ja zaś wytrzeszczałem swe ślepia i w jednej chwili poczułem...
Krzyk.
Krzyk w Mocy.
Przeraźliwy krzyk szaleństwa, wydany przez świadomość Barreka. W jego dłoni zabłysło stalowe srebro i niebieski słup plazmy stanął przed oczyma generała. Żołnierze momentalnie rozpoznali bezsłowny rozkaz Barreka unosząc naładowane miotacze gotowe do strzału.
Kolos nie drgnął.
Wydałem ze swych płuc ryk przerażenia kiedy to purpurowe tornado zalało całą połać dzielącą armię robotów od statku. Z pośród tego piekła wyłoniła się sylwetka uciekającego w towarzystwie komandora, mistrza.
Żołnierza niespodziewanie pochłonęły laserowe błyskawice obnażające jego nagie kości.
Barrek był już bardzo blisko wraku lecz po chwili potoczył się martwy pobudzając śpiące dotąd piaski i pyły do ponownego życia. Jego ciało wyglądało niczym kasztanowa plama na woskowym żwirze powierzchni planety. Jego miecz i komunikator potoczyły się na boki niknące w tumanach kurzu. Kolos beznamiętnie zbliżył się, zmiażdżył komunikator i uniósł rękojeść zatapiając ją w fałdach swego śnieżnobiałego płaszcza. Jego tors w oddali zalśnił. Był cyborgiem.
Skuliłem się na mroźnym piachu skąpanym w cieniu, a mój umysł popadł w gorzki szał. Miotałem się zalany łzami.
Mój mistrz był martwy.
Dosłyszałem jak ponownie potężny wodospad krwawych błyskawic zalewa statek. Ta fala była o wiele potężniejsza niż poprzednie. Byłem narażony na ostrzał z powodu mego położenia nieopodal wątłej ściany. Słyszałem zawołania innych Jedi, ale nie słuchałem. Nie obchodziło mnie całe otoczenie, które umilkło i zastygło. Zespoliłem się z Mocą słysząc wyraźny głos mego mistrza. Był on bliski. Ciepły. Kojący.
-Sha’a, uciekaj!- rozległ się głos w mym umyśle. Ogarnął mnie spokój i opanowanie.
-Prowadź, mistrzu...- odpowiedziałem zupełnie nieświadomie, lekko przymykając oczy.
Wstałem pośpiesznie i poskromiłem swe szaleńcze emocje otrząsając się z transu. Otarłem zalaną łzami twarz zachowując kamienny grymas. Zeskoczyłem do innych i zaczęliśmy dumanie na temat naszej pozycji. Bezcelowe dumanie bandy staruchów i młodzików. Co miało wyniknąć z tej żałosnej debaty? Oplatał mnie gniew. W jego cieniu kołatał się skryty lęk tłumiony przez nienawiść.
Nikt nie miał właściwego pomysłu. Beznadziejne sugestie nie wsparły naszych idei. Według mnie powinniśmy się po prostu ukryć i czekać na cud. Może przyślą posiłki? Któż wie? Marynarka zapewnie dowiedziała się o naszej sromotnej klęsce w przestworzach. Powinni wysłać potężne posiłki, bądź… uznać nas za martwych.
-Musimy uczynić jakikolwiek ruch. Zabili naszego. Teraz musimy przygotować kontratak nim konfederaci rozpoczną ostateczny gambit.- rzekł Ki-Adi-Mundi, Cereanin ciągnąc się za siwą przybrudzoną brodę.
-Nie mamy żadnych wyjść.- odparła twi’lekiańska Jedi Aayla Secura. Jego głowonogi zmysłowo drżały.
Rozległ się szorstki, metaliczny pomruk, a następnie…
Cisza.
Chwila trwała wiecznie.
O uszy wszystkich obił się mocny jak dzwon głos generała. Stanowczy. Bezlitosny.
-Jedi, ja, generał Grievous daje wam dwie ewentualne opcje. Zgińcie jak bohaterzy, lub poddajcie się a nie ucierpicie - zagrzmiał cyborg.
Cisza zapanowała ponownie przerywana donośnym łomotem serc rycerzy.
Lecz nie.
Los chciał inaczej.
Krok.
Krok.
Krok za krokiem, ktoś stąpał tuż do nas. Był coraz bliżej.
Nasze plazmatyczne bronie zalśniły w przestrzeni. Byliśmy gotowi.
-Gdzie on jest, skąd nadchodzi?- wydałem wręcz paniczny pisk.
-Jest coraz bliżej.- warknął stary Cereanin.- Jesteśmy Jedi! Zachowamy spokój.
Kroki nie ustawały a ich echo poczęło obijać się o stalowe ściany wraku. Serce uderzało mi niczym dzika bantha związana w metalowe łańcuchy, a dziwne pulsy w umyśle, niczym bicie młota były nie do zniesienia. Po chwili kroki ustały. Lęk ponownie przyćmił gniew. Byłem przerażony do szpiku kości. „Nie ma emocji – jest spokój” była mantrą która odcisnęła swe dogłębne piętno na mej duszy już podczas pierwszego roku studiów w Świątyni u boku mistrza Yody w zaciszu Komnaty Adeptów wśród grona przyjaciół z Klanu Niedźwiedzi. Ileż bym dał aby powrócić do tamtych wspaniałych chwil radości, spokoju, szczęścia…
Pulsy, pulsy, pulsy...
Nie byłem świadom co czynię. Otrząsnąłem się z amoku w wyjątkowo niewłaściwym momencie. Po chwili dopiero zorientowałem się, że biegnę. Że biegnę ku wyjściu z wraku. Ku dziurze po rozsadzonej turbinie. Z plazmą w dłoni. Z orężem krzyku.
Ostatni puls a potem...
Moc. Esencja Mocy.
Uczucie niespotykane... oplatały mnie tępione dotychczas emocje i nasycone rządze – miłość, szczęście, euforia, spokój… Chwila ta trwała w mym umyśle wiecznie.
Powoli kieruje się ku bladej poświacie słońca budzącego się do życia odziany w targaną wiatrami północy, śnieżnobiałą szatę.
Stąpam boso po świeżej, letniej trawie skąpanej w kroplach porannej chłodnej rosy.
Stąpam ku ukojeniu i okiełznaniu udręczonej, wyczerpanej duszy.
Zostawiam za sobą wszystko - krzyki rozpaczy, wojnę, zmartwienia, cierpienie, smutek...
Jest tylko kojące, rozkoszne szczęście. Powoli uświadamiam sobie co się dzieje. Trwam w stanie wiecznie, w nieskończonym szczęściu…
Łączę się z odległą krainą, spokojną tryskającą dobrocią, przepełnioną przyjaciółmi…
Splatam się w perfekcyjną całość z mą najukochańszą – z Mocą pozostawiając wszystko splamione krwią i smutkiem odlegle za horyzontem... Przypatruje się przyjaciołom których tak niedawno odebrała mi bezlitosna Śmierć.
Scalam się z Mocą…
Mocą.



Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 5,78
Liczba: 9

Użytkownik Ocena Data
hawaj27 10 2012-11-19 21:31:33
Bobba 10 2009-08-28 14:52:44
Dorg 8 2009-08-04 00:43:38
Darth Kamil 7 2010-02-16 14:17:41
Elendil 6 2009-08-01 23:07:23
Yako 5 2009-11-06 13:12:48
Onoma 4 2009-08-03 15:01:20
Darth Edziaszka 1 2018-03-11 17:04:01
Rusis 1 2009-08-01 22:11:05

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (5)

uhmm trochę, za dużo epitetów itd itd :D

Opowiadania powinny być pełne akcji , oczywiście doceniam trud i poświęcenie , ale często nie mogłęm się połapać o co biega i sie gubiłem . Trochę nudne ale dam 6/10

Przegadane, zbyt długie. Opowiadania, bądź co bądź o akcji, walce i śmierci nie pisze się tak, jak opisu przyrody w "Nad Niemnem". Uśmiech powodują ukryci "Ci dobrzy" rozmawiający ze sobą jak ze sztuki Shakespeara. Kilka błędów w rodzaju:
"ktoś stąpał tuż do nas" no i za długie.

Opowiadanie całkiem niezłe, ale trochę zbyt patetyczne. Tak naprawdę ciężko się momentami zorientować co się dzieje, wszystko się zlewa. Zbyt wielu rzeczy trzeba się domyślać.
8/10

Opowiadanie właściwie o niczym. Mało akcji, dużo opisów. Aż za dużo, proponuję trochę je ograniczać.
Jak dla mnie 4/10

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.