Twórczość fanów

Koniec wojny

– Robimy to nie dlatego, że chcemy, tylko dlatego, że musimy – odezwał się w końcu Galeth. – Musimy się bronić. Broniliśmy się przez setki lat przed każdym najeźdźcą i prawie zawsze nam to wychodziło. Tym razem też tak będzie.
Lekarz odetchnął głośno. Nie zaprotestował, a porucznik najwyraźniej uznał to za przyzwolenie na kontynuowanie wywodu.
– Niezwykle istotnym jest, aby nasz pierwszy zamach przyniósł jak największą liczbę ofiar. Z dwóch powodów. Po pierwsze: Sithowie i robale muszą się przestraszyć. Muszą mieć poczucie, że jesteśmy w stanie dostać ich zawsze i wszędzie. Strach ostatecznie zawsze zwycięża nad żądzą zemsty, przynajmniej w krótkim czasie, a tylko taki przecież bierzemy pod uwagę. Po drugie z kolei więcej nie będziemy mieli takiej szansy. Na razie czujność policji i owadów jest uśpiona, bo nic się jeszcze nie stało. Później jednak będziemy musieli zmaksymalizować środki ostrożności, rozpuścić fałszywe tropy. Naturalnie nie da się tego zrobić bez funduszy, ale jestem w stałym kontakcie z poważnymi zaadjańskimi przedsiębiorcami, takimi jak pan Deuter, którzy z tej czy innej przyczyny są zainteresowani jak najszybszą dekontaminacją naszej kochanej planety. Potrzeba im tylko dowodu na to, że potrafimy dobrze wykonać robotę.
– A co jest celem tej roboty? – zapytał niecierpliwie Derlo, czując się już nieco lekceważony.
Galeth wyprostował się nieco.
– Jutrzejsze spotkanie w sprawie budowy nowego osiedla na obrzeżach miasta dla robali z rodzinami. Odbędzie się ono w dawnej hali ratusza. Będzie ich tam całkiem sporo, może nawet trzysta osób. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, powinniśmy uzyskać śmiertelność rzędu osiemdziesięciu procent.
– Skąd weźmiemy bomby? – zainteresował się Deuter.
– Niech pan nie będzie śmieszny, bomby to przeszłość – uśmiechnął się lekko porucznik. – Doktorze?
Dahmo, nieco już podniesiony na duchu, przejął pałeczkę:
– Uczestniczyłem niedawno w operacji pewnego Geonosjanina. Koleś brał udział w jakiejś bójce, ten drugi solidnie go pokiereszował. W zasadzie to był rozszarpany na strzępy. Od początku byłem przekonany, że nie ma nawet co próbować, bo na pewno do którejś z ran dostało się zakażenie. Mimo wszystko postanowiłem przetestować działanie deoksycynatolu cortosis.
– Co to takiego? – zapytał Fleidir.
– Standardowy lek przeciwbólowy dla ludzi i większości humanoidów. Szczerze mówiąc, było mi tego Geonosjanina trochę żal, widać było, że strasznie cierpi. Zastanawiałem się, jak zareaguje na deoksycynatol. Byłem pewien, że w najgorszym razie się zrzyga. Wyobraźcie sobie mój szok, kiedy zanikły funkcje życiowe. Lek został wprowadzony do organizmu dosłownie dziesięć sekund wcześniej.
– To mógł być nieszczęśliwy przypadek – zauważył Leuvile.
– Rzeczywiście, z początku też tak sądziłem, nie potrafiłem jedynie wyjaśnić, czemu ciało było takie ciepłe. Wyniki sekcji zwłok rozwiały moje wątpliwości: deoksycynatol, z przyczyn, których nie będę rozwijał z uwagi na brak czasu na zapoznawanie panów z geonosjańską anatomią, spowodował nadmierne wyziębienie organizmu, który zareagował maksymalnym rozszerzeniem porów naskórnych. Ciało, naturalnie broniące się przed chłodem pustynnych nocy, wchłonęło całe ciepło, jakie tylko znalazło w powietrzu w swoim otoczeniu. Normalnie ani tak niska, ani tak wysoka temperatura nie są w stanie zabić dorosłego zdrowego osobnika. Zrobił to jednak szok termiczny wywołany gwałtownym przejściem ze stanu wyziębienia w stan wygrzania.
– Ale ten osobnik nie był przecież zdrowy – zauważył Derlo. – Sam pan powiedział, że był śmiertelnie ranny.
– Rzeczywiście, ale w tym wypadku rany zadziałały po prostu jak dodatkowe, duże pory. Ma pan rację, przyspieszyło to śmierć delikwenta. Zakładam, że w wypadku osób, o których mowa, potrwałoby to do trzydziestu sekund, lecz rezultat byłby ten sam.
– Skąd ta pewność? – zapytał Fleidir.
Dahmo oblizał wargi, wyraźnie zmieszany. Odpowiedział za niego Galeth:
– Powiedzmy, że pan doktor poprosił mnie o sprowadzenie obiektu do testów. Testy wypadły pomyślnie.
Deuter wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu.
– No proszę, czyżby doktorek jednak miał jaja i umiał się nimi posługiwać, kiedy trzeba?
Chirurg wzruszył ramionami i prychnął w sposób, który przypominał ponury śmiech.
– Chwileczkę – nie dawał za wygraną wiceburmistrz. – W jaki sposób wprowadził pan deoksycynatol do organizmu pacjenta?
– Dożylnie rzecz jasna – odparł Dahmo. – Ten Geonosjanin nie byłby w stanie przyjąć płynu doustnie.
– Chyba nie sądzi pan, że będziemy kręcić się między robalami i wstrzykiwać każdemu po porcji, jednocześnie licząc, że nikt niczego nie zauważy?
– To faktycznie byłoby głupie – zgodził się lekarz. – Na szczęście deoksycynatol można rozpylić w powietrzu. Ten drugi Geonosjanin został potraktowany właśnie w taki sposób.
– Kiedy nastąpił zgon?
– Jak już powiedziałem, trwało to jakieś trzydzieści sekund. Oczywiście może to zająć nieco dłuższą chwilę, acz osobiście nie spodziewałbym się, by ktokolwiek wytrwał dłużej niż minutę. Naturalnie nie można wykluczyć, że znajdą się osobniki na tyle silne, by szok termiczny pozbawił je jedynie przytomności, a nie życia. Ale to, co też już powiedziano, powinny raczej być wyjątki. Nie więcej niż dwadzieścia procent, a i to jest dość pesymistyczne założenie. Pesymistyczne dla nas, oczywiście.
– Coś jeszcze powinniśmy wiedzieć? – zapytał Deuter.
– Niestety nie byłem w stanie przeprowadzić testów na tempo rozchodzenia się deoksycynatolu w powietrzu – odparł Dahmo. – Należy spodziewać się, że reakcje pierwszych zainfekowanych wzbudzą podejrzenia reszty, która być może zdoła uciec.
– Nie dojdzie do tego – wtrącił się Galeth.
– Dlaczego? – zapytał Derlo.
– Bo wszystkie wyjścia zostaną zablokowane przez osobistą ochronę wiceburmistrza Leuvile’a. – Porucznik wskazał na wąsatego mężczyznę. – On sam, podobnie jak przedstawiciele sithańskiej administracji, będzie przez cały czas obecny na spotkaniu. Im, jako ludziom, kontakt z deoksycynatolem naturalnie nie grozi żadnymi trwałymi konsekwencjami.
– Co? – zamrugał Leuvile. – Czemu nikt mi o tym wcześniej nie powiedział?
– Przecież mówił pan, że ma do swojej ochrony całkowite zaufanie – przypomniał Galeth.
– Tak, ale…
– I że z pewnością będą gotowi służyć pomocą, gdy będą potrzebni?
– Oczywiście, co nie zmienia faktu, że…
– To samo tyczy się również i pana, prawda?
Wiceburmistrz nabrał powietrza w płuca.
– Po co ja mam tam być? – zapytał.
– Żeby odwrócić od pana wszelkie podejrzenia.
– Przecież sami panowie powiedzieli, że deoksycynatol nie jest groźny dla ludzi!
Chirurg i porucznik spojrzeli po sobie.
– No cóż – odezwał się w końcu Dahmo, starając się nie patrzeć nikomu w oczy – z pewnością przyjęcie tak dużej dawki nie zostanie przez organizm tak po prostu zignorowane. Mogą pojawić się pewne… nieprzyjemne reakcje.
Leuvile wyglądał tak, jakby miał ochotę zdzielić go po twarzy.
– Panowie, o czym my tu w ogóle rozmawiamy? – wybuchnął. – Nie będziecie mnie faszerować żadnymi chemicznymi świństwami! Nie ma mowy!
– Panie wiceburmistrzu… – zaczął Galeth.
– Niech pan sam tam idzie, skoro taki pan mądry!
– Będę tam – przyznał porucznik. – Ale w szybie wentylacyjnym, rozpylając deoksycynatol. Akurat podejmowane przez pana ryzyko jest najmniejsze.
– To prawda – zgodził się chirurg. – Nic poza lekkimi zawrotami głowy, no może się zdarzyć, że nastąpi utrata przytomności. Ale nic trwałego, obudzi się pan jak nowo narodzony.
– Może – warknął Leuvile. – Ale to moja ochrona będzie blokować te drzwi. Logiczne, że Sithowie pójdą tym tropem, nieprawdaż?
– Pańska ochrona – wrócił do rozmowy Galeth – zablokuje drzwi tylko na chwilę, żeby upewnić się, że żaden robal nie wydostanie się z hali. Nikogo więcej w pobliżu nie będzie. W tym budynku nie ma monitoringu, więc nikt niczego nie udowodni. Kiedy będzie po wszystkim, odblokuje się drzwi i zatrze wszystkie ślady, zanim przybędzie policja.
– A co z innymi świadkami? – wtrącił Derlo, uprzedzając wiceburmistrza, który już otwierał usta w kolejnym proteście. – Przecież będą tam też ci Sithowie. Ludzie, o ile dobrze zrozumiałem? Przecież będą pamiętali, że Geonosjanie tłoczyli się przy wyjściu i nie byli w stanie opuścić sali.
– Nie będą – odparł Dahmo. – Deoksycynatol do tego czasu tak zawróci im w głowach, że nie będą w stanie nawet utrzymać się na krzesłach.
– Włącznie ze mną – zauważył lodowato Leuvile. – Nie zgadzam się, panowie.
– Nie bądź beksa, Leuvile – rzucił Deuter z lekceważeniem. – Jeśli chodzi o problemy z utrzymaniem się na krześle, to ja mam je co rano. – Zachichotał.
– Muszę się z naszym kolegą zgodzić – powiedział powoli chirurg, stykając ze sobą palce obydwu rąk i nachylając się nad stołem. – To naprawdę nic poważnego, żadnych komplikacji na przyszłość. To trochę jak… brał pan kiedyś przyprawę?
– Na studiach – burknął wiceburmistrz. – I niespecjalnie przypadło mi do gustu.
– Ale dało się przeżyć, co? – wtrącił gangster z taką miną, jakby polityk publicznie wyparł się resztek swojej męskości.
– Co to zmienia? – zapytał Leuvile nerwowo. – Durny narkotyk to jedno, a jakieś farmakologiczne chemikalia nieznanego pochodzenia to coś zupełnie innego!
– Panie wiceburmistrzu – podjął Galeth. – Wydawało mi się, że wszyscy dopuszczaliśmy do siebie myśl, że nasza działalność nie będzie ani łatwa, ani przyjemna.
– Tak, tyle że jak na razie to ja podejmuję całe ryzyko…
– Co takiego? – warknął Fleidir, tym razem już wyraźnie zdenerwowany. – Oddaję wam do dyspozycji swoje mieszkanie, ryzykuję życie swoje i swojej żony, o dalszej rodzinie nie wspominając! – Wskazał na chirurga. – Myśli pan, że doktor Dahmo nie podejmował ryzyka, kiedy testował ten deoksy… ten środek na tamtych owadach? Że nie podejmował ryzyka kapitan Traiden, kiedy dostarczał na Zaadję zapas tej substancji…? – Urwał, patrząc z niepokojem na Galetha.
– Aha – mruknął Derlo, nie podnosząc głowy. – Więc to jest w tych kartonach, które miałem wam dostarczyć z Coruscant? W sumie od początku sądziłem, że to jakaś trucizna.
– „Miał” pan dostarczyć? – powtórzył z niepokojem Galeth. – Ale dostarczył pan, tak?
– Spokojnie – odparł kapitan. – Na obrzeżach miasta, w dokach. Mam na pokładzie odpowiednie skrytki na takie towary. Nic nie wykryli.
– No, to dobrze – odetchnął z ulgą porucznik. – W zasadzie to i tak właśnie chciałem to panom powiedzieć. – Wyprostował się. – Zatem pod względem logistycznym jesteśmy przygotowani. Broń dostarczy pan Deuter, ale nam i tak się raczej nie przyda. Strażnikami Sithów, których zresztą będzie najwyżej trzech i to na zewnątrz budynku, zajmie się ochrona wiceburmistrza.
– Chwileczkę! – warknął znowu Leuvile. – Przecież chyba już powiedziałem, że się nie zgadzam!
– Mam tego dosyć – rzucił Deuter i zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, znalazł się przy fotelu polityka, trzymając go za poły marynarki. – Otrząśnij się, człowieku! Czy ty nie rozumiesz, co się wokół ciebie dzieje?!
– Panie Deuter! – krzyknął Dahmo, ale Galeth uciszył go skinieniem ręki. Tymczasem gangster puścił wstrząśniętego Leuvile’a, w dalszym ciągu pochylał się jednak nad nim, rzucając złowrogi cień.
– Będziesz tylko siedział, stał, gadał czy cokolwiek tam robisz przy takich okazjach – wycedził Deuter przez zęby. – Wszystkim innym zajmować będziemy się my. Potem lekki haj, krótkie przesłuchanie i na tym się kończy twoja rola!
– Panie wiceburmistrzu – zaczął porucznik. – Sam pan powiedział, że chce się pozbyć owadów. Czyżby coś się w tej materii zmieniło?
Leuvile patrzał to na jednego, to na drugiego. W końcu wlepił spojrzenie w Dahma.
– Ty! – ryknął. – Przysięgnij, że nic mi się nie stanie!
Chirurg spojrzał na polityka z rezygnacją, a nawet, wydawało się, pewną pogardą. I on miał już chyba dosyć tej hipochondrycznej komedii.
– Nic się panu nie stanie – obiecał.
– Przysięgnij! – powtórzył nieco już ciszej Leuvile. – Na pamięć swoich synów.
Deuter wyglądał tak, jakby za chwilę miał zwymiotować.
– To już jest podłe – mruknął Fleidir.
– Dobra, dobra, przysięgam na pamięć synów – westchnął ciężko Dahmo. – Już pan zadowolony?
– Niespecjalnie – przyznał już znacznie spokojniej Leuvile. – Ale niech wam będzie.
– W górę serca – parsknął gangster i, kręcąc głową, wrócił na miejsce.
Galeth odchrząknął lekko.
– Zatem skoro wszyscy zaaprobowaliśmy wstępny zarys naszego planu – zaczął – należy uzgodnić szczegóły. Po pierwsze: spotykamy się tutaj w tym samym składzie, z wyjątkiem pana Leuvile’a, który w tym czasie będzie już na miejscu, dokładnie o ósmej wieczorem. Dwie godziny wcześniej spotkam się z kapitanem Traidenem na pokładzie jego statku i po cichu przeniesiemy cały zapas deoksycynatolu w pobliże dawnego ratusza. Stąd zaś ja, kapitan, pan Deuter i doktor Dahmo udamy się na miejsce akcji, gdzie zbierzemy towar i dostaniemy się do środka. Naszym łącznikiem jest dowódca ochrony wiceburmistrza nazwiskiem Tihon. Z jego pomocą usuniemy strażników Sithów i dostaniemy się do szybów wentylacyjnych…


– Zatem akcja odbędzie się dzisiaj punktualnie za… – Sierżant Minrov, chudy jak szczapa zastępca dowódcy garnizonu na Zaadjy, pochylił się nad chronometrem. – …pięć godzin?
– Wcześniej mamy dostarczyć na miejsce broń, a to trochę zajmie – doprecyzował Derlo, poprawiając się nieco na niewygodnym krześle. Stanowczo za długo już tu siedział.
– Tak, to już zapisałem. – Minrov wyprostował ekran konsoli. – Deoksycynatol cortosis… Bardzo interesujące. – Zmarszczył brwi, po czym spojrzał na gościa. – I ten cały doktorek twierdzi, że to zadziała na Geonosjan?
– Tak.
– Nigdy nie lubiłem lekarzy – zwierzył się sierżant. – A już zwłaszcza chirurgów.
– Zmieni pan zdanie, kiedy wyhoduje sobie w jelitach jakiegoś pasożyta.
– Klucz to do tego nie dopuścić, drogi chłopcze – odparł Minrov tak, jakby był od kapitana dużo starszy. – Dobra, no to mamy następujące nazwiska spiskowców: Riike Galeth, dawny porucznik Republiki. Migrat Leuvile, wiceburmistrz miasta. Flimon Dahmo, ów znachor. Hitiu Deuter, znany nam aż za dobrze. Naco Fleidir, eee… lokalny staruszek.
Derlo wzruszył ramionami.
– Być może, nie znam jego imienia.
– Jego żonka też jest w to zamieszana?
– Nie wiem.
– Sprawdzi się – zadecydował Minrov. – Jest jeszcze tamten ostatni facet, dowódca ochrony Leuvile’a…
Kapitan skinął głową.
– Niestety nie pamiętam jego nazwiska.
– Tego akurat znaleźć nie będzie trudno. – Sierżant odchylił się mocno na fotelu, wyciągając ręce na całą długość. – No, to zdaje się mamy już wszystko. Jeszcze tylko oprawię to w jako taki raport, prześlę go gdzie trzeba i moja rola się kończy. Jeszcze tylko… jak w ogóle doszło do tego, że się z panem skontaktowali?
– Skontaktował – poprawił Derlo. – Galeth najwidoczniej uznał, że przyda się ktoś jeszcze z doświadczeniem wojskowym, a do tego z zewnątrz, żeby mógł przy okazji załatwić co trzeba.
Minrov przyjrzał mu się uważnie.
– I tak od razu zdecydował się pan im wbić nóż w plecy?
Kapitan uśmiechnął się.
– Czyżbym słyszał w pańskim głosie wyrzut? – zapytał. – Za spełnienie obywatelskiego obowiązku?
– Nie słyszałem jeszcze o łowcy nagród z poczuciem obywatelskiego obowiązku – przyznał sierżant.
– Wielu rzeczy pan widać jeszcze nie słyszał.
– Ale domyślam się, że owo poczucie nie przeszkodzi panu w zainkasowaniu nagrody?
– Dobrze się pan domyśla.
Minrov westchnął ciężko, jakby chodziło o jego osobiste pieniądze. Znowu nachylił się nad ekranem.
– I ile tego miało być… – Zmrużył oczy. – Sithowe nasienie! Aż tyle?
– Czterdzieści tysięcy kredytów republikańskich w nieoznakowanych banknotach – wyrecytował Derlo.
– Znam łowców, którzy z pocałowaniem ręki wzięliby taką robotę za nie więcej niż pięć patyków – mruknął sierżant.
– Ale żaden z tych łowców nie miałby szansy na bycie wezwanym osobiście przez przywódcę ruchu oporu, który byłby jego znajomym z wojska, mam rację?
Minrov roześmiał się serdecznie.
– Ta, wielki ruch oporu – mruknął. – Amatorszczyzna i tyle.
– Ta amatorszczyzna prawie dokonała największego zamachu terrorystycznego w historii tej planety – zauważył Derlo.
– Niczego by nie dokonali – prychnął sierżant. – Nawet nie wytoczyliby tego całego świństwa z doków. Mielibyśmy ich na talerzu w minutę osiem. Jutro już byśmy pana nie potrzebowali.
– Na szczęście to nie moje zmartwienie – przytomnie stwierdził kapitan. – Proszę o wydanie pieniędzy. I żadnych sztuczek, bo jak wykryję jakieś nieprawidłowości, to wrócę i wyrównam rachunki.
– Po pierwsze – odezwał się Minrov – nie grozi się nexu, stojąc w jego jaskini. A po drugie Imperator Sithów znany jest z dotrzymywania słowa.
– To zrozumiałe – przyznał Derlo. – Lubi dotrzymywać nawet tych obietnic, których nikomu nie składał.
– Nie mam specjalnej ochoty na dyskusję o polityce – westchnął sierżant, podnosząc się z fotela i pochylając nad niewielkim sejfem. Wyciągnął zeń czerwoną szkatułkę zabezpieczoną kodem. – Poza tym nie jest na to teraz odpowiednia pora. Wojna się przecież już skończyła, niech żyje pokój, miłość, tolerancja i te sprawy.
– Zwłaszcza pokój – uśmiechnął się kapitan, patrząc jak Minrov wstukuje kod na numerycznej klawiaturze, uchyla wieko szkatułki i stawia ją na biurku. W środku, w dwóch idealnie równych rządkach spoczywał trybik, który od tysiącleci napędzał całą galaktykę. Obok kobiet i hipernapędu, znaczy się. – Wygląda w porządku.
– Komputer jest teraz w trybie zmiany hasła, więc proszę wprowadzić sobie własne – polecił sierżant, przecierając oczy. – Z góry uprzedzam, że data urodzenia jest już trochę oklepana.
– Niech pana o to głowa nie boli. – Derlo szybkim zamaszystym ruchem wcisnął kilka przycisków. – Mam odesłać wam szkatułkę?
– Proszę potraktować ją jako bonifikatę ze strony Imperium – odparł Minrov, wracając na fotel. – I, ewentualnie, jako zachętę na podjęcie dalszej współpracy.
– To zależy – odrzekł kapitan, opuszczając wieko. – Macie jakieś ciekawe propozycje?
– Nic dla łowcy z pańskim doświadczeniem… a przyzna pan, że doświadczenia pan za dużego nie posiada. Jak się trafią zlecenia nieco mniejszego kalibru, znajdzie pan tablicę z ogłoszeniami.
– W międzyczasie może Republika będzie miała coś interesującego?
Sierżant znowu się uśmiechnął.
– Widzę, że w waszym środowisku ostatnio modne jest działanie na dwa fronty. Wszystko dla kasy. Ech, kiedyś to ten fach obierali ludzie honorowi, dla których liczyła się w pierwszej kolejności przygoda, a nie to, żeby sobie napchać kieszenie.
– Nazwa „łowca nagród” zobowiązuje – odpowiedział Derlo. – A przygodę zapewnia każdy… front, jak to pan niespecjalnie politycznie poprawnie ujął.
Minrov spoważniał.
– Dobrze pan wie, że prędzej czy później wojna znowu wybuchnie. A wtedy lepiej będzie znaleźć się po właściwej stronie.
– Na razie nic nie przemawia za tym, że to akurat wasza jest ta właściwa.
– Wygraliśmy tamtą wojnę, wygramy i następną.
– Naprawdę? – zainteresował się Derlo. – A dlaczego nagrody wypłacacie w obcej walucie? Może dlatego, że waszą na następny dzień będzie można sobie dupę podetrzeć?
Sierżant machnął ręką.
– Każdy konflikt niesie za sobą niezbyt przyjemne konsekwencje dla gospodarki. Poza tym zarządzamy obecnie tą częścią galaktyki, która najbardziej ucierpiała. I ludami, które najwięcej straciły. Rekonwalescencja wymaga czasu.
– A w tym czasie Republika wesoło rozwija się w ośmioprocentowym tempie – zauważył kapitan. – Mają stabilny pieniądz, standard za bardzo nie spadł, nawet na Coruscant życie już prawie całkowicie wróciło do stanu przed splądrowaniem. Znane jest panu pojęcie wygranej wojny i przegranego pokoju?
Minrov oblizał wargi i spojrzał na gościa z pogardą.
– To fakt, na pewno bardzo na tym wszyscy skorzystaliście. Zwłaszcza na traktacie. Wreszcie macie wolną rękę, co? Wreszcie macie tę swoją ukochaną Republikę tylko i wyłącznie dla ludzi.
Derlo osłupiał.
– Pan też jest przecież człowiekiem.
– Ale nie ksenofobem – wycedził sierżant. – Nie muszę gardzić innymi rasami, by samemu poczuć się lepiej. Na tej zasadzie funkcjonuje Imperium Sithów. Każdy może je budować i każdy ma równe szanse, a nikt nie pyta o pochodzenie, nikt nie patrzy na wygląd. To my wprowadziliśmy w czyn te wasze piękne slogany, co wam się nigdy nie udało.
Kapitan nagle przypomniał sobie rozmowę z majorem Cymem sprzed tak wielu miesięcy.
– Nie jestem tu, by bronić Republiki – odparł w końcu. – Ani Imperium. Nic mnie to już nie obchodzi. Wyrosłem z tego. Chcę tylko swoich pieniędzy.
– Dostał je pan – zauważył Minrov.
– A więc nie mam tu już czego szukać.
– Rzeczywiście.
– Zatem żegnam.
– Żegnam.
Podniósł się z krzesła i skierował do wyjścia. Już prawie nacisnął panel otwierający drzwi, gdy dobiegł go głos sierżanta.
– Panie Traiden?
Odwrócił się.
– Tak?
– Podoba się panu ten cały pokój?
Derlo zastanowił się przez chwilę, sam nie wiedząc, czemu w ogóle zawraca tym sobie głowę.
– Cytując klasyka – odparł po chwili – zimna wojna to też wojna.
– To bzdura.
– Słucham?
– Zimna wojna, czy jak pan chce nazwać obecny stan rzeczy, to nie wojna. Wojna jest prosta. Wojna to my kontra ci drudzy. Dobro kontra zło. Czy dzisiejszy stan rzeczy odpowiada takim kategoriom?
Kapitan pokiwał głową.
– Raczej nie.
– Zwłaszcza w waszym przypadku. Z kim walczycie wy: jako Republika i jako ludzie? Z nami, z Sithami? Czy może z obcymi?
Derlo spojrzał na Minrova.
– A z kim wy walczycie? – zapytał cicho.
Sierżant spuścił wzrok.
– A widzi pan – oznajmił w końcu. – Nie różnimy się od siebie aż tak bardzo.


O tej porze na pewno zdążyli już wszystkich zgarnąć, pomyślał Derlo, leniwie dopijając szóstego drinka. Nie przyszedł tu, żeby urżnąć się jak bela, po prostu chciał sobie jakoś wynagrodzić trudy mijającego dnia – a jaka lepsza nagroda niż porządna koreliańska zmieszana z sokiem chirlaovym?
Starał się nie poświęcać za dużo myśli losowi swoich krótkoterminowych sojuszników. Jak sami przyznawali, podejmowali wielkie ryzyko. Jednym z nich było zaangażowanie Derla. Z drugiej strony skąd mogli wiedzieć, że ten zdążył się tak obrazić na Republikę, że wybrał jedyną ścieżkę zawodu, która pozwalała mu przynajmniej zachować pozory neutralności?
Nie mogli. Ale to już naprawdę nie jego problem.
Chyba już wystarczy, pomyślał, z rezygnacją spoglądając w dno pustej szklanki i słysząc w czaszce irytujący szum. Zawsze miał dość słabą głowę. Zerknął do portfela i przekonał się, że na wiele więcej gotówki już mu nie starczyło. A karty – o szczelnie zamkniętej szkatułce nie wspominając – pozostawił na pokładzie, przezornie zabezpieczając się przed transakcjami popełnionymi po pijaku.
Tak więc nici z noclegu w wygodnym łóżku, pomyślał. Znowu będzie trzeba się kisić w tej zimnej kajucie. Najchętniej od razu zabrałby się z tej śnieżnej kuli, ale wiedział, że w jego stanie kontrola lotów nigdy nie udzieli mu pozwolenia na opuszczenie doków.
Podniósł się ciężko i kiwnął barmanowi. Półprzytomnie rozejrzał się po barze. Co najmniej połowę stolików zajmowali Geonosjanie, większość z nich pochłonięta była grą w sabaka, łypaniem na siebie wilkiem czy nieszczególnie wyrafinowanymi flirtami. Nikt nie zwracał na niego większej uwagi i o to też chodziło. Skierował się do wyjścia i wytoczył na ulicę.
Znajdował się na tej samej alei, którą kroczył rano, z tym samym holobimem, który teraz jednak przedstawiał inny obraz: uścisk między geonosjańską a ludzką dłonią. Podpis głosił „RAZEM W RÓŻNORODNOŚCI”.
Stanął na środku chodnika i rozejrzał się uważnie. Ludzie, Geonosjanie, Twi’lekowie i Rodianie kroczyli (bądź fruwali) niespiesznie, każdy w innym kierunku, każdy w celu załatwienia swoich własnych spraw. Ponad jezdnią unosiły się śmigacze, prowadzone przez przedstawicieli wszystkich tych ras. Ruch już poważnie zelżał, miasto gotowało się do snu.
A następnego dnia… co?
Derlo wiedział. Kolejny dzień spędzony na kontemplowaniu niewoli i dostosowywania się do regulacji, zakazujących wyrazić swój prawdziwy stosunek wobec tych, którzy wyglądali i zachowywali się inaczej.
Wiedziony jakimś niezrozumiałym instynktem, zagrodził drogę jakiemuś młodemu człowiekowi. Ten spojrzał na niego z lekkim przestrachem, ale głównie z pogardą. Nic dziwnego, skoro od Derla na kilometr cuchnęło alkoholem.
– Gdzie idziesz? – wymamrotał kapitan.
– A co cię to interesuje? – odparł nieznajomy lodowatym głosem.
– Może zabierzesz się ze mną? – zasugerował Derlo, chociaż wszystkie neurony w jego mózgu wołały, by dał tamtemu facetowi spokój. – Lecę do Republiki. Chcesz lecieć ze mną?
– A po co?
Kapitana zbiło to nieco z tropu.
– A po co siedzieć tutaj? – odbił piłeczkę niewyraźnym tonem. – Brud, smród, Sithowie i obcy. Wszędzie obcy. Widziałeś to? – Wskazał na holobim. – Gówno prawda, no nie?
Mężczyzna wyprostował się nieco i strzelił z oczu błyskawicami.
– A co taki coruscański wielki pan jak ty może o tym wiedzieć?
Po czym wyminął Derla i odszedł w swoją stronę.
Były kapitan Republiki odprowadzał nieznajomego wzrokiem, dopóki ten nie znikł za załomem baru. Następnie sam, cicho wzdychając i leniwie powłócząc nogami, udał się w kierunku doków. Chciał po prostu iść spać.
Po przebyciu kilkunastu kroków zatrzymał się jednak i odwrócił w stronę, w którą odszedł zaczepiony przez niego mężczyzna.
– Jestem z Rendili – mruknął do siebie. – Ale wam to pewnie już nie robi wielkiej różnicy, co?

1 2 (3)


Oceny użytkowników:
Aby wystawić ocenę musisz się zalogować
Wszystkie oceny
Średnia: 6,67
Liczba: 3

Użytkownik Ocena Data
mistrzu Yoda 10 2015-12-27 19:16:13
słomiany 9 2013-10-12 09:43:59
Luke S 1 2016-10-25 19:44:10

Tagi: Fanfik / opowiadanie (254)

Komentarze (1)

Jedno jest Jaro, pewne patrząc na to opowiadanie i inne, lubisz pisać dialogi :P Podoba mi się pomysł na historię, ale naprawdę przydałoby się trochę więcej akcji, opisów, a nie tylko dialogi. Choć rozumiem, że czasami to kwestia konwencji i da się tak opowiedzieć historię. W każdym razie dobrze mi się czytało :]

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.