TWÓJ KOKPIT
0

Iskra Rebelii - recenzje pilota :: Rebelianci

Recencja Lorda Sidiousa

Nie ma możliwości, by pilot nowego serialu „Star Wars” nie budził ciekawości, zwłaszcza, gdy jest on wyświetlany w kinach. Co prawda tym razem nie była to normalna dystrybucja, a pokazy specjalne, ale bardzo mi się podoba to, w jaki sposób zadziałał marketing Disneya. Przyznaję, ta część jest faktycznie bez zarzutu, na światowym poziomie. A sami „Rebelinaci”? Tu już samych ochów i achów nie będzie, zwłaszcza, że nowy serial wchodzi niejako w buty „Wojen klonów”, a jak wiemy sama proces jego produkcji jest zdecydowanie krótszy niż poprzedniego serialu. I tu już zaczyna się pierwsze porównanie, początek „Wojen klonów” był praktycznie dwa razy dłuższy, no i nowości były tam zdecydowanie bardziej kontrowersyjne. Pod tym względem „Iskra Rebelii” wypada raczej blado, jak przyzwoity pilot, acz zdecydowanie zabrakło mu przysłowiowej iskry.

Zaczynamy od postaci. Te w większości wyglądają ciekawie. Twi’lekanka Hera, praktycznie nie ruszająca się z okrętu, który pilotuje, ale jednocześnie mająca dużo do powiedzenia na temat akcji. Zeb ze swoimi komentarzami i miejscami aroganckim zachowaniem. Chopper, który jest mniej irytujący niż na zwiastunach. Mandalorianki Sabine na razie było mało. No i w końcu główne postaci. Kanan, czyli przywódca ekipy, i Erza. Ten pierwszy jak widać po pilocie, musi odkryć na nowo to kim jest, co może być ciekawe. Bo nie jest to tylko zwykły Jedi z problemami, to Jedi który się wycofał, który wszedł w intrygującą relację z Herą, a któremu nagle Moc zaczyna przypominać o tym kim powinien być. To ma całkiem spory potencjał. No i Erza... Obecnie bardziej mnie ta postać irytuje, niż ciekawi, ale kto wie, może jego droga, połączona z przemianą Kanana, ma jakiś sens? Niestety na razie wygląda, że szybko odcinków bez Erzy nie uświadczymy. Za to z pewnością ciekawe będzie odkrywanie interakcji między członkami ekipy.

Czasem się mówi, że siłą bohaterów są ich wrogowie. Na razie poznaliśmy jednego, agenta Kallusa, który prezentuje się całkiem intrygująco jako szwarccharakter. Dla mnie przezabawna była jego ostatnia scena na Kessel, ale jednocześnie świetnie podsumowała tę postać. Służbista, oddany oficer Imperium, ale jak trzeba to też jest to kawał drania. Szkoda, że nie poznaliśmy bardziej Inkwizytora. Póki co, Kallus (czego można było się spodziewać) dostał od ekipy, ale jednocześnie udało się uniknąć ukazania go jako uciekającego z podkulonym ogonem. To mi się podoba, zobaczymy jak wybrną z tego dalej.

Fabularnie film składa się z dwóch odcinków serialu, więc nie do końca wszystko udało się rozwinąć jak można by. Porównując sobie to z odcinkami „Wojen klonów” o Maulu, niestety nowy serial wypada dużo gorzej. Jest bardziej uproszczony, infantylny, granice między dobrem a złem, nie zacierają się. To akurat może wyjść na plus, bowiem to serial dla nowego pokolenia, oby dorastał wraz z nimi. Gorzej, że mam wrażenie, iż Rebeliantom wszystko idzie za łatwo, przez to nie czuje się zagrożenia, brakuje tempa i emocji. Owszem wciąż kolejne wydarzenia pojawiają się dość szybko, przez to nie czuć jakiegoś zwolnienia akcji, ale tu chyba właśnie brakuje mi tej iskry, zapłonu. W kilku miejscach próbują to maskować nawiązaniami do filmów, przede wszystkim do „Nowej nadziei”. Co najmniej w kilku scenach widać kalki ujęć, co oczywiście jest samo w sobie bardzo ciekawe. Do tego dochodzą jeszcze motywy muzyczne Williamsa przetworzone przez Klinkera i mam wrażenie bardzo bliskie do tego, co miałem w końcówce „Zemsty Sithów”, gdzie „Star Warsy” kopiują same siebie. Liczę, że z czasem w serialu będzie tego mniej, że raczej będą to smaczki, niż kalki co odcinek. Bo niestety, co za dużo, to nie zdrowo.

I tu dochodzimy do największego problemu serialu, grafiki. W roku 2001 Pixar wypuścił film „Powtory i spółka”, który we wspaniały sposób zanimował futro Sully’ego. Ten film, aż tak bardzo się nie zestarzał wizualnie. Natomiast jeśli porówna się go z „Rebeliantami” z 2014, to wciąż jest to niedościgniony wzór. Wydajność komputerów na których powstawał ten pierwszy, dziś jest już po prostu śmieszna. Oprogramowanie także jest łatwiej dostępne, jedyne co trzeba włożyć w podobny efekt, to praca. Nikt nie wymaga by nowy serial nadążał za animowanymi nowościami jak choćby „Jak wytresować smoka 2”, czy arcydzieło ILMu sprzed paru lat „Rango” (2011) (choć byłoby miło). Ale z drugiej strony Lucasfilm, w szczególności George Lucas zawsze dążyli do rozwoju i perfekcji technologicznej. „Rebelianci” przegrywają starcie wizualne z „Wojnami klonów”. Wspomniałem już odcinki z Maulem i Opressem, o ile fabularnie rozumiem, czemu się cofnęliśmy, o tyle wizualne cofnięcie jest dla mnie niezrozumiałe. Wookiee, którzy przewijają się przez „Iskrę” niestety wyglądają fatalnie, jak ludziki z plasteliny. Trudno tu zasłaniać się konwencją, raczej jest to zwykłe niechlujstwo i niedoróbka, w końcu liczy się czas i pieniądz. Ale takich problemów jest więcej, niestety także z głównymi bohaterami i ich włosami... Cofamy się do XX wieku, szkoda. Zwłaszcza, że w niektórych miejscach grafika jest dopracowana, więc ewidentnie brakło czasu, chęci, pieniędzy, lub wszystkiego razem. Jeszcze inny problem warstwy wizualnej to jakby brak czasu na dopracowanie szczegółów. „Gwiezdne Wojny” zawsze miały bogate tła, w które dało się wpatrywać i szukać tam drobnych smaczków, które dostrzega się przy którymś obejrzeniu. To coś na czym ekipa serialu poległa, przynajmniej w pilocie. Pamiętają o tym, bo już w stolicy Lothalu mamy jakieś malowidła na murach, jednak poza ujęciami, gdy jest to specjalnie ukazane, to właśnie tła są puste, nie ma stworów, nie ma istot, droidów, czy życia. Jak się to połączy z niedopracowaniem graficznym, to niestety jest to coś, co zawodzi, a właśnie w 2014 chyba nie powinno. Szkoda, że presja czasowa jest ważniejsza niż dopracowany produkt. Jednak definitywnie czasy George’a Lucasa się już skończyły, nikt nie będzie szukał kompromisu między budżetem, czasem a jakością, z tym trzeba się pogodzić.

„Iskra” momentami jest bardzo zabawna, z pewnością śmieszniejsza niż pilot „Wojen klonów”. Cieszy też fakt, że twórcy poszli za tym, co sugerował Lucas nie raz, poszli dalej, stworzyli nowe postaci, nowe światy, nowe rasy. To lubię. No i nie było Tatooine. Serial póki co wygląda na taki do oglądania, może trochę za prosty, może trochę zbyt dziecinny, ale jak wspomniałem, on będzie dorastał wraz z widzami i Erzą. Jedyne co się będzie za nim ciągnęło długo, to regres wizualny. Szkoda, że w tym wypadku poziomem startowym nie była końcówka „Wojen klonów”, bo to akurat nienajlepszy prognostyk. Ale jak będzie dalej, zobaczymy, z czasem. Nawet jeśli „Iskrze” brakuje iskry, to i tak, przynajmniej fabularnie, wygląda to na ciekawe miejsce na początek nowej historii.


Ocena końcowa
Ogólna ocena: 6/10
Klimat: 8/10
Animacja: 3/10
Muzyka: 7/10



Recencja ShaakTi1138

Film „Rebelianci: Iskra rebelii” był zapowiadany bardzo długo, a kampania marketingowa zdecydowanie prześcignęła wszystko, co pokazano nam przy okazji „The Clone Wars”. Film ten jest o tyle istotny, że to debiut Disneya na ekranie, a ja miałam wyjątkową okazję zobaczyć go na ekranie srebrnym, co z pewnością wpłynęło na mój osąd. Ponieważ poszłam do kina z nastawieniem a’la Chopper – to znaczy, ze film z pewnością mi się nie spodoba, a poniższa recenzja będzie zawierała małą litanię wszystkiego, co było w nim nie tak. A wyszłam zadowolona – może nie zachwycona, ale z całą pewnością o wiele szczęśliwsza niż po oglądaniu trailerów i klipów promocyjnych.

Ale zacząć niestety trzeba od mankamentu i to moim zdaniem bardzo poważnego: pamiętacie może jak wypuszczono fragment filmu? To początek odcinka, ni mniej, ni więcej. Przy filmie TCW narzekano, że brak charakterystycznych napisów odjeżdżających w głąb ekranu, ale przynajmniej mieliśmy narrację, która zarysowywała sytuację. Tutaj brak czegokolwiek, jesteśmy od razu wrzuceni in medias res. Czyli „Iskra” zaczyna się na planecie, o której nic nie wiemy, od aresztowania obywatela za sprzedaż owoców, a wkrótce pojawia się grupa rebeliantów, która nie wiadomo czemu kradnie skrzynki z towarem. O ile imiona „Ezra” i „Kanan” słyszymy dość często, o tyle „Hera” pada niewiele razy, „Zeb” dwa, a Sabine przedstawia się w połowie filmu. Ezra przebąkuje raz czy dwa, że jest sierotą, ale na przykład nie mamy pojęcia czemu zbiera hełmy. Dla mnie osobiście to nie był problem, bo zajmuję się działem i doskonale wiem kto jest kim i jakie ma motywacje, o co chodzi z imperialną obecnością na Lothalu – ale przed bardzo długą część seansu zastanawiałam się czy osoba, która nie śledziła kampanii marketingowej, będzie w stanie cokolwiek wyłapać. Całe szczęście miałam obok szczura doświadczalnego, czyli mojego ojca, którego dość bezskutecznie próbuję przekonać do zainteresowania się czymś więcej, niż tylko filmami i TCW. Po wyjściu z kina ojciec potwierdził, że momentami miał problem z określeniem o co właściwie chodzi, a bohaterowie zostali mianowani :„tym szczeniakiem”, „tą pilotką” i „tym łysym Wookiee”. A żeby nie było, że to odosobniony przypadek, to chłopcy obok mnie kłócili się czy Ezra to Anakin. Dlatego twierdzenie twórców – że „Rebelianci” mają stanowić start dla nowego pokolenia – jest dużym błędem. Nie to, że wątpię w inteligencję dzieci, bo sama zaczęłam swą przygodę w dość niecodziennym miejscu (trzeci sezon „Clone Wars” Tartakovsky’ego), ale wydaje mi się, że lepiej pokazać pociechom najpierw „Nową nadzieję”.

Właśnie – na początku bardzo długo mówiono, że pilot miał trwać godzinę, trwał jakieś 45 minut. I niestety trochę czuć, że akcja jest bardzo skondensowana – może ni e to, że wszystko dzieje się za szybko, bo sekwencje prędkie i spokojne ładnie się przeplatały, ale miałam wrażenie, że panuje straszny chaos. Bohaterowie na przykład wylatują z Lothalu, uciekając przed myśliwcami, skaczą w nadprzestrzeń, by po chwili znowu wrócić na Lothal (przyszły mi na myśl dziwaczne skojarzenia z uciekaniem przed przeciwnikiem z mapy w grach RPG), potem dokują przy imperialnym okręcie, dają nogę, by po chwili znowu wrócić... Do dziwaczności należy też zaliczyć wytłumaczalne chyba tylko disneyowskim sposobem robienia filmów „skróty fabularne” – czyli Ezra raz jest w jednym miejscu, by dosłownie po sekundzie znaleźć się kilka metrów dalej, a Sabine maluje dość skomplikowane graffiti dwoma pryśnięciami aerografu.

Twórcy wielokrotnie podkreślali, że chcą wrócić do korzeni, do „Nowej nadziei”. Powiedziałabym, że działa to przede wszystkim w warstwie aluzji - bohaterowie w większości pełnią te same role fabularne, co załoga „Sokoła”. Trochę się bałam, że dostaniemy atak klonów, ale całe szczęście tak się nie stało. Przykładowo, Hera to niby taki Han (oboje są kapitanami statku), ale nie jest ona sarkastyczna jak Solo, już bliżej jej do Lei, bo jest opiekuńcza i najrozważniejsza z całej grupy. Bardzo cieszy mnie też, że już po pierwszym spotkaniu z rebeliantami jestem w stanie powiedzieć, że nie są to osoby papierowo dobre, co było moją bolączką w przypadku niektórych herosów z „The Clone Wars”. Kanan z pewnością nie jest ideałem Jedi, Sabine momentami zachowuje się, jakby była psychopatyczną piromanką, a Zebowi chyba najdalej do bohatera pozytywnego (dlatego szybko zdobył moje serce). A i Ezra okazał się mniej irytujący, niż by to mogło się wydawać, choć i tak momenty, w których robi maślane oczy do Sabine są strasznie przesadzone. Dla mnie niesamowite w tym filmie było coś, co nazwałabym „aspektem ludzkim” – urzekła mnie scena, w której Bridger po raz pierwszy jest w kosmosie, a na ekranie widzimy przepiękne ujęcie pełne gwiazd. Kosmos to niby oczywista sprawa w „Gwiezdnych Wojnach”, a tutaj czułam się dokładnie jak Ezra, czyli po prostu zachwycona i zdumiona jednocześnie. Ciekawym momentem było również zbliżenie się na chwilę do Kanana, gdy pod koniec filmu Jedi otwiera holokron i słyszymy głos Obi-Wana, który niesie się echem nad zmieniającymi się ujęciami przedstawiającymi samotnych rebeliantów.

Bohaterowie byliby niczym bez czarnych charakterów – no właśnie, mam wrażenie, że film nieco za bardzo skupia się na działaniach rebeliantów, aż momentami miałam ochotę zapytać z kim oni właściwie walczą. Niby pokazuje się represje obywateli oraz przebąkuje się o nacjonalizacji gruntów, ale mam wrażenie, że motywacje Imperium zostały słabo zarysowane – są źli, bo są źli. Aczkolwiek był to problem również w początkowych odcinkach „The Clone Wars” i dopiero w trzecim sezonie odważono się na odcinki ukazujące wyłącznie „tych złych”, może więc musimy po prostu poczekać. Natomiast bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie postać Kallusa – byłam pewna, że zostanie on ukazany jako oferma i typowy chłopiec do bicia. I owszem, przegrał, ale twórcy nie kłamali, gdy mówili, że członka Biura Bezpieczeństwa boją się nawet Imperialni – agent wytwarza wokół siebie dziwnie niepokojącą atmosferę i chyba wcale trafne okazały się porównania, które swego czasu analizowaliśmy na naszym forum – że Kallus to gwiezdno-wojenny Javert (brak mu tylko obsesji, ale liczę na twórców). Dobre jest również zakończenie filmu – widzimy jak rebelianci cieszą się z uratowania Wookieech. I TCW tu by przeszło do napisów końcowych. Ale „Rebelianci” pod sam koniec ukazują rozmowę Kallusa z Inkwizytorem – pozostaje więc swoiste wrażenie niepewności i poczucie, że zwycięstwo „tych dobrych” nie jest ostateczne.

Dochodzimy do sprawy, która wzbudziła chyba najwięcej kontrowersji przed premierą, czyli animacji. Uderza mnie to, jak bardzo jest nierówna. Z jednej strony widzimy to, czego w TCW nigdy nie było – trawę poruszającą się na wietrze i wygniecioną po lądowaniu statku, lekku Hery zachowujące się bardzo naturalnie czy nawet takie szczegóły jak cebulki włosów Ezry. A z drugiej tekstury wyglądają po prostu słabo, bo są zbyt jednolite (źle to wygląda zwłaszcza na postaciach ludzkich), a kolory są zazwyczaj nazbyt jaskrawe. Wookiee, których futra przypominają źle wymieszaną plastelinę, wyglądają gorzej niż ci, którzy pojawili się pod koniec trzeciego sezonu TCW (rok 2011, de facto nawet wcześniej). Chyba najgorzej wypadają środowiska – bo choć zachwyciło mnie oświetlenie w pierwszej scenie na Kessel, to światy są przerażająco ubogie – po ulicach chodzą dziesiątki takich samych postaci, a w otoczeniu brak większych szczegółów. Było to problemem w pierwszych sezonach TCW, ale później twórcy chyba odkryli, że nawet tak z pozoru błahe sprawy jak zwierzęta w tle czy małe detale budynków nadają światu życia. Wiadomo, że ekipa pracująca nad „Rebeliantami” jest mniejsza niż ta z TCW, czego trochę nie mogę zrozumieć. Jestem w stanie pojąć, że stacje takie jak Nickelodeon (na przykład z ich ”Żółwiami ninja”) nie mają zbyt wielkiego budżetu, ale tu za wszystko odpowiedzialny jest Disney. No i to nie są „Żółwie ninja”, tylko „Gwiezdne Wojny”, a to do czegoś zobowiązuje. Po firmie spodziewałam się czegoś więcej i nie wiem skąd ten krok do tyłu.

Przyznaję się, nie zwracałam większej uwagi na muzykę, bo dla mnie nie była zbyt charakterystyczna. Owszem, co jakiś czas przemykał Williams, ale szczerze mówiąc - ile można. Aczkolwiek jestem wielką fanką motywu głównego, chociaż nie słyszałam go zbyt często. O wiele ciekawszą sprawą jest dubbing, który, ku mojemu zaskoczeniu, nie wypadł tak źle. Przede wszystkim, nie dopatrzyłam się jakiś większych śmieszności w tłumaczeniu (co było codziennością przy TCW), prócz może standardowych problemów z deklinacją (padło coś w rodzaju „Farmy na Lothal”. Chyba że uznajemy, iż planeta jest rodzaju żeńskiego, wtedy w porządku). No i nazywanie głównego miasta na planecie „Capital City” troszeczkę mi nie pasowało w wersji polskiej. Za to bardzo przypadło mi do gustu użycie wielu kolokwializmów w tłumaczeniu mowy rebeliantów („Chopper, przestań dziawgać!”) w przeciwieństwie do suchej, imperialnej mowy. Właściwie, nawet miałam skojarzenia z przekładem „Harry’ego Pottera”, gdzie kwestie neutralne w oryginale po polsku brzmią po prostu śmieszniej, co jest wielkim plusem. W kwestii doboru aktorów – mam wrażenie, że w polskiej wersji zabrakło charakterystycznych głosów, sporo z nich brzmiało po prostu nijako – z głównych bohaterów był to problem w przypadku Sabine. Jest też kwestia jak dobór aktora zmienia wymowę postaci. Nasz Kallus brzmi raczej jak wojskowy i służbista, co ostatecznie nie jest złe, ale Oyelowo w oryginale ma nieco „oleiste”, złowrogie brzmienie. Hera z kolei po polsku jest raczej bojowo nastawioną chłopczurą, aniżeli postacią matkującą. O wiele lepiej wypadają za to główni bohaterowie; Freddie Prinze jest moim zdaniem aktorem słabym, a nasz Kanan ma bardzo głęboki, dojrzały głos, który jednak nie przeszkadza postaci brzmieć zabawnie tam, gdzie jest to konieczne. Maciej Musiał, który wciela się w Ezrę, nie należy do lubianych przeze mnie gwiazd, ale ma o wiele lepszy warsztat aktorski aniżeli Taylor Gray.

Na podsumowanie powiem krótko: w dzień przed premierą na Oficjalnej niczym filip z konopi wyskoczyły cztery nowe odcinki „The Clone Wars”. I mimo że nie wiedziałam o nich nic, jakimś cudem mnie znudziły. A kilka miesięcy przed premierą „Rebeliantów” do sieci wyciekły spoilery pilota. I mimo że sprawdziły się w stu procentach i wiedziałam jak potoczy się fabuła, jakimś cudem „Iskra rebelii” mnie nie znudziła. Mam wrażenie, że marka potrzebowała powiewu świeżości i „Rebelianci” sprawili, że „Gwiezdne Wojny” znowu zaczęły mnie cieszyć. Chyba najbardziej brakuje mi jakiegoś wprowadzenia do serii, które sprawiłoby, że film miałby lepszą kompozycję. Jeśli chodzi zaś o przyszyły serial, najbardziej czekam na odkrywanie relacji pomiędzy bohaterami.


Ocena końcowa
Ogólna ocena: 8/10
Klimat: 8/10
Animacja: 5/10
Muzyka: 6/10



Recencja Nestora

Od października 2012 czekamy na coś ciekawego, nowego i zajmującego ze świata Gwiezdnych Wojen, który pod swe korporacyjne ramiona przyjął Disney. I ten właśnie Disney wziął na siebie wielką odpowiedzialność stworzenia produktu, który: raz – sprosta oczekiwaniom wygłodniałych fanów, dwa – pozwoli wygenerować zadowalające przychody. Sztuka trudna, bo trzeba w niej połączyć twórczość kreatywną/nietuzinkową oraz biznes. Ale to akurat spektrum, w którym brand Star Wars zawsze odnosił sukcesy. No tak, tylko czy ten korporacyjny Disney będzie potrafił zrobić coś co nie będzie tylko i wyłącznie kasowym sukcesem?

W zeszłym roku dostaliśmy pierwszą odpowiedź, w postaci szóstego (pół)sezonu „Wojen Klonów”. Wyszło nieziemsko, oczywiście pomimo baboli i oczywistego braku kompatybilności z EU. Fani to jakoś przełknęli i pożegnali się godnie z serialem po sześciu latach emisji. Tutaj sukces odniosła ekipa Filoniego i co najważniejsze – od razu została skierowana do nowego projektu, czyli naszego tytułowego „Rebels”. I tak też „Rebels” jest drugim produktem Star Wars wypuszczonym przez Disneya. Dla mnie to akurat udana próba, ale nie wolna od mankamentów TCW. Nasza historia z Rebeliantami zaczyna się od 40 minutowego pilota. Niby rozmach mniejszy niż przy kinowych „Wojnach Klonów”, ale podkreślono tym samym jaki będzie najważniejszy kanał dystrybucji, czyli telewizja i internet. A przy okazji zarezerwowano kino dla filmów, a nie kreskówek, będących nagrodami pocieszenia za czasów Lucasa.

Osobiście ten wstęp do serialu oglądałem z pozytywnym nastawieniem i w doborowym towarzystwie, które wszelkie kreskówki ma obcykane w najlepsze. Przede wszystkim cieszy mnie okres za jaki się zabrano. Mimo podobieństw do czasów spomiędzy EIV a EV jest klimat niezachwiania Imperium, któremu nikt na większą skalę nie będzie w stanie podskoczyć. No bo jaka siła ma zagrozić takiemu monolitowi, który ma nieograniczoną armię i środki? I dlatego też Ezra, Hera, Sabine, Zeb i Kanan pałają się drobnymi kradzieżami i uwalnianiem niewolników. Krótko mówiąc – niczym na skalę galaktyczną. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Wielkich czynów mieliśmy już bez liku, czas na pokazanie prostego i trudnego życia ciułaczy-bojowników. Koniec z rozpierduchami wielkich stacji kosmicznych, a czas na podchody z imperialnym agentem biura bezpieczeństwa i inkwizytorem.

Szwarc charaktery zawsze w Star Wars były udane. No, może nie do końca, bo niektórym dorabiało się do legend takie historyjki, że włos się na rencach jeżył w poprzek... Ale ogólnie zamaskowani i źli rządzili. W „Rebels” co prawda poznaliśmy dopiero pionka Kalusa, ale w przyszłości dojdzie jeszcze kozak z obracanym mieczem. I mam nadzieję, że trochę tych naszych rebeliantów pomęczą mości panowie. Kalus spodobał mi się bardzo, jego arystokratyczny i wyszukany styl bycia, bez bufonady ale z imperialną precyzją i butą. Po prostu wzorowy oficer Imperium! Wpadł chłop na kilka fajnych pomysłów i pokazał jakim jest twardzielem w ostatniej scenie, przy okazji ujawniło się jego okrutne poczucie humoru.

A co z rebeluchami? Plastik? Drewno? Błazenada? NIE! Ależ skąd! Co najwyżej kryształ (w odniesieniu do charakterów), ale to naprawdę nic. Tu zostałem mile zaskoczony. Po to stworzono drużynę by każdy był w niej inny i wykonywał inne zadania. Mamy stereotypowych: mięśniaka, szefa, spryciarza, mechanika/pilota i żółtodzioba, no i na deser pyskatego robocika. Niby sztampa, ale każdy swoje zagrał i dał się poznać z dobrej strony. Postacie dopasowano do ról bardzo przemyślanie. Według mnie nie ma się do czego przyczepić i póki co „źli” i „dobrzy” są rewelacyjni.

Ale żeby nie było kolorowo trzeba trochę ponarzekać. Akcja skakała i czasami miało się wrażenie, że skoki są tylko i wyłącznie efektem powycinanych scen, które w jakiś sposób mogły spowolnić tempo. Brakowało mi czasami oddechu i chwili refleksji. Może to być też spowodowane mieszanką wybuchową jaką tworzą postacie serialu. Na pokładzie Ducha co chwilę jakaś kłótnia lub przepychanka, a załoga statku na widok szturmowców dostawała szału berserkera. Rzeźnia na biednych żołnierzach jest po prostu niebywała. Najpierw wytłukli ekipę z miasta, potem tam, a na koniec jeszcze tam i tam. Do tego zniszczyli kilkanaście TIE. Imperium nadąży budować te myśliwce i rekrutować szeregowych jak Ci „przekozacy” są w okolicy? Sam Imperator dostrzeże niedługo spadki w słupkach „kadr i sprzętu”... Z drugiej strony na wszystko znajdziemy wytłumaczenie. Hera jest świetną pilotką, Sabine lubi wybuchy, a Kanan i Zeb mają niezłego cela. I wszyscy z osobna mają szczęścia więcej niż Han Solo i Luke Skywalker razem wzięci.

Dla mnie i dla mojego syna te czterdzieścikilka minut spędzonych przy „Iskrze Rebelli” było świetnie spędzonym czasem. Oboje dobrze się bawiliśmy i co najważniejsze – czekamy na więcej! Bo „Rebels” po prostu nas wciągnęło. Ale nie nie traćmy czujności, Disney zabrał nam lata poznawania Star Wars, więc teraz przez te wszystkie następne lata wymagajmy od niego podwójnie. Bo to już nie są nasze Gwiezdne Wojny, to są Gwiezdne Wojny Disneya.


Ocena końcowa
Ogólna ocena: 8/10
Klimat: 9/10
Animacja: 4/10
Muzyka: 8/10



Recenzja ogóra

Iskra Rebelii to pilot nowego serialu spod znaku Gwiezdnych Wojen, który jest zarazem pierwszym osadzonym w jedynym i słusznym kanonie. I pomimo faktu, że jest to produkcja głównie skierowana do najmłodszych, ja bawiłem się podczas seansu wyśmienicie. Już pierwsza scena, czyli przelot niszczyciela imperialnego nad powierzchnią planety Lothal ma w sobie więcej klimatu gwiezdnowojennego niż znienawidzone przez sporą część fanów Wojny klonów. I nie chodzi mi tutaj o symbol, jakim bez wątpienia jest okręt imperialnej floty, ale o całokształt tej sceny, który przypomina mi moment z Nowej nadziei, kiedy to, po raz pierwszy, zobaczyłem na ekranie scenę pościgu Imperium za Tantive IV, w początkowych minutach Epizodu IV.

Jednak żeby nie było tylko tak pięknie i kolorowo to muszę trochę ponarzekać na wizualną oprawę Rebeliantów, która po prostu jest słaba. Wojny klonów jakie były takie były, nawet jeśli "drewniana" broda Obi-Wana drażniła widzów przez kilka sezonów tak już w pierwszym odcinku widać, że pomimo kilku lat doświadczenia, twórcy Rebels, którzy w większości tworzyli również TCW nie odnajdują się w stylistyce, pewnie narzuconej odgórnie przez włodarzy Disneya. I nie ma w tym nic złego, jeśli się ma kilka lat i świat Gwiezdnych Wojen już sam w sobie oszałamia, ale gdy już siedzi się w tym kilka czy kilkanaście lat to ma się wrażenie, że pilot serialu został zrobiony na kolanie.

Widząc projekty budynków, pojazdów można odnieść wrażenie, że Ralph McQuarrie gdzieś tam jest obecny, że sam czuwał nad tworzeniem serialu, ale pomimo tego faktu, wygląd postaci psuje ogólną ocenę. Jeszcze stylistykę głównych bohaterów mogę zrozumieć i ich modele, jakby przymknąć oko na pewne niedociągnięcia, nawet wpisują się jako tako w disneyowską stylistykę (gdyby tylko powiększyć im oczy to wypisz wymaluj Disney!), to już modele Wookiech wołają o pomstę do nieba. Niestety, ale krewniacy Chewbaccy wyglądają jak mokre psy, szkoda, bo w TCW ich wygląd był naprawdę świetny. Zresztą oceńcie sami:



Co do bohaterów to muszę przyznać, że tworzą fajną grupę, choć nie każdy przypadł mi do gustu tak samo. Mamy tutaj ukrywającego się rycerza Jedi Kanana Jarrusa, który w przeszłości był uczniem mistrzyni Depy Billaby i muszę przyznać, że jest ciekawą postacią. Kolejnym członkiem naszej ekipy jest Ezra Bridger, główny bohater, sierota obdarzony umiejętnościami posługiwaniem się Mocą, co wydaje się być wabikiem na młodszych widzów, którzy muszą mieć jakiegoś bohatera, z którym mogliby się utożsamiać. Niestety, po seansie pilotowego odcinka nie jest przekonany do tej postaci, może potrzebuję czasu a może po prostu Ezry nie polubię, zobaczymy. Jest także Hera Syndulla, twi'lekańska pilotka Ghosta (w polskiej wersji Duch), która nie rusza się praktycznie ze swojego statku razem z astrodroidem Chopperem, który jest takim Artoo tego serialu. Mamy także Sabine Wren, mandaloriańską dziewczynę, specjalistkę od wybuchów i od.. propagandowego graffiti, muszę przyznać, że widzę w tej postaci potencjał i czekam aż twórcy pokaża nam więcej jej historii. Na koniec zostawiłem sobie Zeba, czyli takiego typowego osiłka w grupie, którego wygląd wzorowany jest na koncepcie Chewbaccy autorstwa McQuarriego, warto to wiedzieć przed seansem, ponieważ autorzy oprócz olbrzymiej dawki humoru danej tej postaci, a także w samym serialu, nie boją się zażartować właśnie z tego faktu. Jeśli zaś chodzi o przeciwny biegun to mamy szturmowców, którzy nie imperialną wersją robotów bojowych z TCW i nie zobaczymy tutaj żartów na poziomie "Rozkaz, rozkaz". Fakt, armia imperialna jest nieporadna, ale w taki sposób w jaki zaprezentowano ich w filmach. Trochę gorzej wypada agent Kallus czy Inkwizytor, którego twórcy jedynie zaprezentowali w kilku sekundach, ale coś czuję, że ta postać namiesza w tym serialu, obym się nie mylił!

Trudno jest mi jednoznacznie ocenić Iksrę Rebelii. Z jednej strony mamy ciekawą grupę nowych bohaterów, fajną i interesującą fabułę, choć gdzieniegdzie pełną dziur, to jednak od strony audiowizualnej produkcja ta trochę kuleje. O ile motywy muzyczne Johna Williamsa odpowiednio przerobione przez Kevina Kinera dodają tej produkcji klimatu, to wizualnie Rebelianci kuleją, choć pewnie prędzej czy później przyzwyczaje się do takiej stylistyki. Najważniejsze jednak dla mnie jest fakt, że czuć ten klimat znany z Oryginalnej Trylogii i dałem się porwać przygodzie, a przecież o to w tym wszystkim chodzi. Nawet polski dubbing (w tym głos Macieja Musiała jako Ezra) mnie nie zniechęcił, mało tego, stoi on na naprawdę dobrym poziomie. Aż nie mogę się doczekać kolejnych odcinków z przygodami Rebeliantów. Czuję, że się będę dobrze bawił co tydzień oglądając kolejne odcinki.


Ocena końcowa
Ogólna ocena: 7/10
Klimat: 8/10
Animacja: 6/10
Muzyka: 8/10





TAGI: Star Wars: Rebelianci (Star Wars: Rebels) (147)
Loading..