Ostatni Jedi

Recenzje „Ostatniego Jedi”

Recenzja ogóra

Dwa lata temu „Przebudzenie Mocy” dosłownie „obudziło” wielu fanów z letargu na całym świecie. Powrót Gwiezdnych Wojen do kin to zawsze wielkie wydarzenie. Nawet jeśli nowy film dzieli widzów w swoich opiniach. Epizod VII według mnie był udanym startem kolejnej Trylogii o przygodach bohaterów z naszej ukochanej galaktyki, jednak z biegiem czasu, i z każdym kolejnym seansem, utwierdzałem się w przekonaniu, że film jest skrojony zarówno pod nowych jak i starych fanów, którzy po prostu chcieli ponownie zobaczyć swoich ukochanych bohaterów ,znanych z Oryginalnej Trylogii, w towarzystwie nowych. Zakładając, że każdy z nas ma własne zdanie o Epizodzie VII, czy to pozytywne czy negatywne, przed seansem „Ostatniego Jedi” powinien oczyścić głowę ze wszystkich z swoich uprzedzeń czy oczekiwań.

Epizod VIII zaczyna się od prawdziwego trzęsienia ziemi. Nasi bohaterowie nie otrząsnęli się jeszcze z wydarzeń ukazanych w poprzednim filmie, rany nie zabliźniły się jeszcze (i to dosłownie) a już muszą stawić czoła nowym zagrożeniom. Jednak i w tym wszystkim jest jeden minus - pierwsze kilkanaście minut to taka powtórka z „Przebudzenia Mocy”. Humor i stylistyka jest podobna, co może u niektórych wywoływać zgrzytanie zębów. Jednak wszystko idealnie „naprawia” jeden moment, który oddziela jedną grubą kreską przygodowy i bardziej rodzinny klimat Epizodu VII od tego czego możemy zacząć spodziewać się w najnowszej odsłonie.

To wszystko sprawia, że twórcy posiadając bohaterów, którzy są nam znani, mogą z nimi zrobić co tylko im się zamarzy i pchnąć ich do przodu w najmniej oczywisty sposób. I to w sposób, który może zaskoczyć niejednego fana z długoletnim stażem - spokojnie, to nie jest odświeżona wersja „Imperium kontratakuje”. To nawet nie jest to co możemy bardzo często zobaczyć w sequelach - tutaj przede wszystkim pierwszeństwo mają uczucia, a dopiero później wydarzenia, w centrum których są nasze postacie. Często na ekranie widzimy sceny, w których czuć, że nasi bohaterowie aż walczą sami ze sobą i nie wiedzą jak zareagować. Sam byłem zaskoczony tym jak przekonująco można pokazać znane wszystkim „rozum myśli jedno, a serce drugie” i to w tym uniwersum.


To przecież jeden z tych zarzutów, który ciągnie się w Gwiezdnych Wojnach od prequeli. O tym, że postacie są płaskie, źle zagrane i mało przekonujące. To był też jeden z tych elementów, na który narzekało naprawdę sporo osób w związku z poprzednim filmem. Uczucia - to jest jeden z tych elementów, którymi będą opisywał ten film. I to naprawdę bardzo spora dawka uczuć. Bo nic chyba nie działa tak bardzo na drugiego człowieka jak uczucia przekazywane przez innego. Były momenty, gdy czułem złość i chciałem stanąć do walki, był strach, było współczucie i był też smutek, a nawet w kilku scenach mimowolnie poleciało mi kilka łez. Rian Jonhson idealnie zagrał na uczuciach ukazując ludzki pierwiastek w bohaterach.

Bardzo dobrym rozwiązaniem, jeśli chodzi o postacie, było podzielnie ich na duety. To sprawia, że często widzimy dwa różne charaktery, które się ze sobą nierzadko dobrze dogadują czy ze sobą współpracują. Są duety lepsze, są duety gorsze, ale nie ma duetów źle dobranych. To nie znaczy też, że film to tylko sceny pomiędzy dwoma postaciami, jednak zazwyczaj to dwójka bohaterów gra pierwsze skrzypce w danej scenie, a dopiero postacie będące na drugim planie, który jest bogatszy niż ten w „Przebudzeniu Mocy”. Nie ma tutaj scen, w których kamera pędzi na złamanie karku po gościach kantyny, aby jak najszybciej pokazać nam Maz Kanatę w swoim zamku. Tutaj wiele elementów z drugiego planu jest równie ważne i odgrywa istotną rolę, a przede wszystkim widać, że żyje własnym życiem co naprawdę bardzo cieszy oko.


Wśród znanych nam bohaterów najlepiej chyba wypada duet Rey (Daisy Ridley) z Kylo Renem (Adam Driver), którzy napędzają działania każdej ze stron w równym stopniu, ale minimalne wygrywa tutaj występ Drivera i jego Kylo, który mam nadzieję spodoba się osobom, które do tej pory nie mogły strawić „płaczliwego” Mistrza Rycerzy Ren. Finn (John Boyega) po raz kolejny musi się zmierzyć ze swoimi demonami z przeszłości mając tym razem przy swoim boku Rose Tice (Kelly Marie Tran), która przy Finnie rozwija swoje skrzydła w służbie Ruchu Oporu. Poe Dameron (Oscar Isaac) jest dalej tym samym bohaterem, ale im dalej tym staje się coraz bardziej wyrazistą postacią, oraz co może wiele osób zadowolić, jest go o wiele więcej niż w Epizodzie VII.

Podobna sytuacja jest w przypadku Luke’a Skywalkera (Mark Hamill), który w końcu się odzywa, ale przygotujcie się na to, że będziecie musieli na nowo „nauczyć się” tej postaci. To nie jest ten sam chłopak z farmy wilgoci na Tatooine. To zupełnie nowe, i świeże, spojrzenie na jedną z najbardziej kultowych postaci w światowej popkulturze. Trudno mi nawet określić, które momenty Marka Hamilla w tym filmie są lepsze - gdy siedzi cicho i gra głównie mimiką swojej twarzy i większość emocji przekazując oczami czy sceny, gdy mówi, a wręcz krzyczy - jeśli w głowie zobaczycie obraz Jokera (dubbingowanego przez wiele lat właśnie przez Hamilla) skojarzenie będzie jak najbardziej trafione. Tak jak mówili twórcy - oczekujcie nieoczekiwanego.

Ta sama sytuacja ma się z Leią - to ta sama Pani Generał, choć dla wielu z nas wciąż jest księżniczką, jednak dodano jej czegoś czego próżno szukać w poprzednich filmach. Więcej w Lei z Carie Fisher niż z samej księżniczki, ale to może też z tego powodu, że każda scena z Leią była niezwykle emocjonująca dla mnie mając, mając wciąż w głowie śmierć aktorki. Przeciwieństwem Pani Generał jest zapewne wiceadmirał Holdo (Laura Dern), która na pierwszy rzut oka jest postacią z jasno nakreślonym planem działania i może wywoływać skrajne emocje, ale z biegiem czasu zyskuje wiele. Inaczej ma się sprawa z bohaterem, w którego wciela się Benicio Del Toro, gdyż ma się wrażenie jakby nie pokazał wszystkich swoich zdolności aktorskich i ginie trochę w zestawieniu z pozostałymi bohaterami, którzy zaliczyli swój debiut w „Ostatnim Jedi”. Podobnie ma się sytuacja z generałem Huxem (Domhnall Gleeson) i Najwyższym Wodzem Snoke’iem (Andy Serkis). Oboje mają po prostu za mało czasu ekranowego, aby pokazać coś więcej. Jest ich więcej niż w Epizodzie VII, mają znaczący wpływ na fabułę, ale pierwszy głównie wydaje rozkazy, a drugi głównie siedzi na swoim tronie i dyryguje wszystkim i wszystkimi przy okazji siejąc strach i terror. Jest też i kapitan Phasma (Gwendoline Christie), ale to jaką ma rolę w tej historii musicie zobaczyć i ocenić już sami.

Nie byłoby jednak Gwiezdnych Wojen, gdyby nie cała warstwa audiowizualna, która sprawia, że każdy z nas może zanurzyć się w tym świecie. Krótko mówiąc jest bardzo dobrze. Spece z ILM po raz kolejny pokazali, że są jednymi z najlepszych w swoim fachu i tknęli nowe życie w świat, który znamy i lubimy. Nowe planety wyglądają obłędnie zarówno na orbicie jak i na powierzchni. Powtórzę kolejny raz, ale drugi plan żyje swoim własnym życiem i napewno z przyjemnością będę szukał kolejnych szczegółów ukrytych w tle. Crait to surowa planeta pokryta solą przypominająca swoim klimatem klasyczne planety z Oryginalnej Trylogii. Cantonica to miejsce pełne bogatych i wpływowych ludzi w galaktyce, to także miejsce mające swoje drugie dno, a klimat zewnętrzych zabudowań z chorwackiego Dubrownika ciekawie współgra z nowoczesnym wykończeniem wewnątrz pomieszczeń. A Anch-To to przede wszystkim piękne naturalne krajobrazy, które skrywają niejedną niespodziankę.


Efekty specjalne zarówno komputerowe jak i praktyczne cieszą oko, choć nie obyło się bez kilku wpadek, które bardzo kłują w oko i aż prosi się aby efekt wygenerowany komputerowo zastąpić tymi praktycznym czy na odwrót. Pomimo tych kilku potknięć film ogląda się przyjemnie, cieszą krajobrazy, scenografia czy też modele statków oraz flora i fauna na planetach (dalej nie wiem czy lubię bardziej Porgi czy Vulptexy, czyli kryształowe lisy). Jest też kilka niestandardowych rozwiązań wizualnych, których do tej pory widzieliśmy w filmach z serii, kilka jest nam dobrze znanych a jeszcze inne są na całkim nowym poziomie. Niestety najgorzej w tym wszystkim wypada muzyka, bo o ile ścieżka dźwiękowa jak i samo udźwiękowienie jak to się mówi „robią robotę” tak John Williams kolejny nagrał coś co nie ma wyrazu i jak w przypadku „Przebudzenia Mocy” lepiej będzie brzmiało słuchane z płyty niż podczas kolejnego seansu. Jedynymi momentami, które wywoływały u mnie jakiekolwiek poruszenie to te, gdy Williams wplatał w ścieżkę dźwiękową klasyczne motywy, które tak bardzo kochamy, a użycie niektórych motywów w pewnych scenach wręcz chwyta za serca fanów.


Niestety aby nie było tak idealnie warto wspomnieć o humorze, który, pomimo poważniejszej atmosfery filmu, jest w naprawdę dużej ilości. Są żarty, które rozluźniają atmosferę, jest momentami czarny humor, ale są też momenty, w których z ekranu aż wylewa się humor z Epizodu VII i to ten, o którym najlepiej byłoby zapomnieć. Jest też wiele scen, które wydają się sztucznie wydłużać i tak już długi film, ale są też takie, które chętnie zobaczyłbym dłuższe. Zdaje sobie jednak sprawę, że twórcy musieli iść na jakiś kompromis i wszystko poukładać to w taki sposób, aby pasowało do ich narracji, a nie do tego co fani chcą zobaczyć.

„Ostatni Jedi” to podróż, więc przed wyruszeniem w drogę oczyście swoje głowy, nie miejcie oczekiwań, nie czekajcie na swoje wymarzone momenty. Przede wszystkim nie starajcie się szukać w tym wszystkim tego co chcielibyście sami zobaczyć na wielkim ekranie oraz schematów. Rian Johnson i spółka pokazali, że wszechświat Gwiezdnych Wojen jest wciąż pełen zagadek i warto je odkryć. Epizod VIII to nie jest też film, który ma zamiar naprawić poprzedni film, on po prostu rusza z kopyta tam, gdzie żaden z fanów nie był jeszcze podczas swojej przygody. „Ostatni Jedi” jest świeży i zaskakujący, jest piękny wizualnie a zarazem tak bardzo przyziemny. Jest o bohaterach z odległej galaktyki a zarazem o tym, jak bardzo ludzcy potrafią oni być. Dla mnie najmocniejszą stroną tej odsłony gwiezdnej Sagi są uczucia - te, które widzimy na ekranie oraz te, które są wywoływane w widzach. Oczyście głowy i zapnijcie pasy bo czeka Was długa i ciekawa podróż do odległej galaktyki, która was zaskoczy niejeden raz.


Recenzja Mastera

Pierwsze słowo, jakie przychodzi do głowy po seansie „Ostatniego Jedi” to odważny. Po niesamowicie bezpiecznym i nieoryginalnym Przebudzeniu Mocy, twórcy ósemki bardzo mocno zaryzykowali. I to nie raz, czy dwa razy. Idąc do kina nie spodziewałem się niewiadomo czego, ot następny epizod. Ale to nie były klasyczne Gwiezdne wojny. Rian Johnson odszedł od utartych schematów i nie bał się ingerować w status quo głównych bohaterów. A najlepsze jest to, że wyszło mu to świetnie! Oczywiście nie jest to film bez wad, ale o tym (oczywiście bezspoilerowo) poniżej.

Zacznijmy od tego, co w tym filmie mogło być wykonane lepiej. „Ostatni Jedi” trwa aż 2.5 godziny! Pewnie niektórzy będą zadowoleni, bo to w końcu nowe 150 minut Gwiezdnych Wojen w kinie, ale w trakcie seansu niestety momentami czuć przestoje i film potrafi się dłużyć. Co za dużo to niezdrowo. Dodatkowo, muzyka była praktycznie niezauważalna. Dobrze akompaniowała akcji, ale cały czas pozostawała w tle. I tyle - po prostu była. Magia oryginalnej trylogii polega w dużej mierze na charakterystycznej muzyce, która była jednym z głównych bohaterów. Tutaj tego zabrakło.

Teraz chciałbym się skupić na pozytywach, a jest ich o wiele więcej. Po pierwsze, główni bohaterowie wreszcie dostali jakiejś głębi. Wątki każdego z nich zostały poprowadzone na tyle mądrze, że stali się ludzcy. Po Przebudzeniu Mocy nie mogłem tego powiedzieć - tam raczej dostaliśmy grupę nowicjuszy, którzy byli mi na koniec całkowicie obojętni. „Ostatni Jedi” tworzy świetne fundamenty, na których będzie można dalej rozwijać tych bohaterów. Szczególnie chciałbym pochwalić Johnsona za sposób, w jaki ukazał Snoke’a i Kylo Rena. Od pierwszych scen Snoke udowadnia dlaczego to właśnie on siedzi na tronie Najwyższego Porządku. Aż bije od niego charyzmą i pewnością siebie. Został świetnie zagrany. Natomiast naczelna beksa Przebudzenia, Kylo, nabrała charakteru i nareszcie zaczęła wykorzystywać swój potencjał fabularny. Jego poczynania już nie powodują zażenowania, a potrafią nawet wzbudzić zaciekawienie i zrozumienie! Także froncie rozwijania bohaterów, „Ostatni Jedi” zrobił ogromne postępy.

A propos bohaterów - to jak został poprowadzony wątek Luke’a, to mistrzostwo. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo! W ósemce Skywalker jest postacią bardzo skomplikowaną i oglądanie jej rozwoju jest niesamowicie intrygujące. Nic więcej na ten temat nie odważyłbym się zdradzić, ale uwierzcie mi, wyjdziecie z kina zaskoczeni i usatysfakcjonowani.

Łącząc wątek zaskoczeń z poruszoną w pierwszym akapicie odwagą, muszę przyznać, że nie wiem czy kiedykolwiek byłem w kinie na filmie, który by mnie kilkakrotnie tak mocno zaskoczył - po prostu nie sądziłem, że takie posunięcia w scenariuszu mogłyby zostać zatwierdzone przez ekipę, która zatwierdziła wcześniej fabułę Przebudzenia Mocy. Naprawdę. Niespodzianki fabularne to najjaśniejszy punkt tego filmu - tu apeluję, unikajcie wszelkich spoilerów w sieci; przez nie możecie stracić wyjątkowo dużo przyjemności z oglądania filmu!

Jak mógłbym podsumować „Ostatniego Jedi”? Jako duży i oryginalny krok do przodu dla filmowych Gwiezdnych wojen. To dobry, piękny wizualnie film z kilkoma genialnymi momentami i zwrotami akcji. Pozostaje się cieszyć, że Rian Johnson dostał nową trylogię w całości dla siebie. Teraz czas na Solo!


Recenzja Freedona

Jakieś dwa lata temu, po głośnej premierze "Przebudzenia Mocy", fani uniwersum Gwiezdnych Wojen zarzucali często reżyserowi, J.J. Abramsowi, że film jest kalką "Nowej nadziei" i nie wprowadza do ich ukochanego wszechświata niczego nowego, poza młodymi bohaterami. Podobne wątpliwości pojawiały się też przed premierą "Ostatniego Jedi" - widok wielkich machin kroczących na planecie pokrytej białym pyłem sugerował nam, że spodziewać możemy się co najmniej tego samego, co widzieliśmy w "Imperium kontratakuje". Pierwsze pokazy najnowszej odsłony sagi Skywalkerów rozwiały nam te wątpliwości bardzo szybko.

"Ostatni Jedi" jest filmem zdecydowanie różnym od wszystkich poprzednich części cyklu. Rian Johnson w swoim dziele odchodzi zupełnie od schematu narzuconego w poprzednich dwóch trylogiach przez George'a Lucasa, a historia rusza w innym kierunku. Pojawiają się co prawda smaczki i różne nawiązania, jednak bez powielania szkieletu fabularnego poprzednich filmów, jak miało to miejsce u Abramsa. Cały film, od pierwszych scen, aż do napisów końcowych, pełen jest zaskakujących scen i zwrotów akcji, które okażą się kluczowe dla dalszego rozwoju całego uniwersum w najbliższych latach. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy. Przede wszystkim "Ostatni Jedi" będzie dużym punktem zwrotnym dla opowiadanej historii i odpowie widzom na dużą ilość pytań, nagromadzonych przez dwa lata. Z drugiej jednak strony taka liczba zwrotów akcji będzie miała z pewnością znaczący wpływ na powtórną oglądalność tego filmu. Mam tu na myśli fakt, iż po drugim czy trzecim seansie filmu, składającego się właściwie w całości ze scen zaskakujących, dalsze jego powtarzanie odbierze mu część jego uroku i stanie się zupełnie bezsensowne. Czy mam rację, okaże się zapewne po kilku razach w kinie. Warto jednak dodać, iż tym razem producentom udało się utrzymać w tajemnicy lwią część zarysu fabuły, a skąpe informacje ujawniane za pomocą spotów i zwiastunów okazały się zmyłką.

Mocną stroną "Ostatniego Jedi" jest jego część wizualna, ale do tego Disney zdążył nas już przyzwyczaić. Bitwy kosmiczne, lokacje, czy efekty animatroniczne dosłownie rzucają na kolana. Szczególnie w pamięci zapada bitwa kosmiczna z początku filmu, a także całość akcji na solnej planecie Crait. Nie oznacza to jednak, że obyło się bez żadnych wpadek. Środkowa część filmu Johnsona pełna jest dłużyzn, znacząco spowalniających tempo filmu po wybuchowym otwarciu, i powodujących jego nieco gorszy odbiór. Zwłaszcza negatywnie zaskoczyła mnie fabuła na Canto Bight, która wyraźnie nie współgra z resztą filmu, powodując nawet lekkie znużenie. Po raz kolejny jesteśmy także świadkami skracania, czy wydłużania czasu galaktycznego; zależnie od potrzeb akcji okazuje się, że można dolecieć do innego układu gwiezdnego w ciągu minut, podczas gdy innym razem podróż ta trwa zdecydowanie dłużej.

To czego Rianowi Johnsonowi odmówić nie można, to budowanie emocjonalnej strony filmu. Jego dzieło w pewnych momentach jest bardzo dramatyczne, ale jednocześnie wyrównuje to sporą dawką dobrego humoru, umieszczonego w odpowiednich miejscach. Potwierdzenie znajdują pierwsze opinie na temat filmu, w których pisano, iż w jednej chwili można ryczeć śmiechem, by zaraz potem krzyczeć z zaskoczenia, czy uronić łzę smutku. W takich momentach bardzo istotna jest dla filmu muzyka, która potrafi wprowadzić widza w odpowiedni nastrój. Tu niestety nie mogę napisać nic dobrego. O ile nie można powiedzieć, żeby muzyka mistrza Johna Williamsa bardzo kulała, to jest w tym filmie bardzo stonowana, prawie wręcz niedostrzegalna. Próżno też szukać zupełnie nowych motywów, jak miało to miejsce w "Przebudzeniu Mocy". Dostajemy jedynie sprawdzone już utwory, w nieco może zmienionej wersji.

Najistotniejszą jednak częścią filmu jest jego obsada. Mark Hamill w roli podstarzałego Luke'a Skywalkera wypada rewelacyjnie i śmiało można powiedzieć, iż jest to jego najlepsza rola w filmie fabularnym. Nie wdając się zbytnio w szczegóły jest to wielki Mistrz Jedi w wersji, w której wyobrażałem go sobie zobaczyć. Bardzo cieszy także rehabilitacja postaci Kylo Rena, który w tym filmie rozrysowany jest fabularnie świetnie i w końcu możemy poznać, a co najważniejsze zrozumieć kierujące nim motywacje. Na równie wysokim poziomie rozpisana jest postać Rey, jednak ta pozostaje trochę w cieniu swojego sławnego mistrza - to Luke Skywalker gra tu pierwsze skrzypce i kradnie jej show. Postacie Najwyższego Porządku, i tym razem generał Hux gra tu pierwsze skrzypce, zostały przedstawione w filmie jako durnie, co rodzi moje pytania o to, jak ta instytucja przetrwała w swoim kształcie tyle czasu, jednak logikę zostawię tu w tyle.
Jeśli zaś chodzi o obóz Ruchu Oporu, tym razem w filmie mamy nieco mniej Finna, w zamian dostając więcej Poe Damerona i Generał Leii Solo. Sceny ze zmarłą Carrie Fisher, mimo iż zostały nakręcone w komplecie, niosą ze sobą duży ładunek emocjonalny i sentymentalny. Dużą sympatią można darzyć także nową bohaterkę, Rose Tico, która jest świetną, acz nie do końca jednoznaczną partnerką dla Finna, a także postać wiceadmirał Holdo, portretowaną przez Laurę Dern, aczkolwiek w przypadku tej drugiej, potencjał aktorki i jej postaci nie został wykorzystany w stu procentach. Zupełnie bez zaskoczenia wypada też "DJ" grany przez Benicio del Toro. Rola bandyty i łajdaka jest dla niego bardzo charakterystyczna, przy czym nie ma go w filmie zbyt wiele, a jego wątek zostaje zakończony w sposób nagły i nieszczególnie zadowalający.

Podsumowując, "Ostatni Jedi" jest z całą pewnością filmem oryginalnym, zaskakującym i ciekawym dla rozwoju całego uniwersum Gwiezdnych Wojen, nie zgodzę się jednak z tym, aby był filmem najlepszym z dotychczasowych. Tu palmę pierwszeństwa nadal dzierży "Imperium kontratakuje". Rian Johnson stworzył jednak bardzo dobre, zabawne widowisko, z którego powinni być zadowoleni wszyscy miłośnicy sagi rodu Skywalkerów, ale które nie jest także pozbawione błędów, czy zwyczajnie głupich scen. Cieszy mnie bardzo zwłaszcza fakt, że tak dużą część fabuły filmu udało się utrzymać w tajemnicy, a dla przyszłych widzów dwie rady: unikajcie spoilerów i oczekujcie nieoczekiwanego. Będziecie bawić się świetnie, a film dostarczy wam wielu tematów do dyskusji na temat przyszłości Gwiezdnych Wojen!

Recenzja Lorda Sidiousa

George Lucas tworząc dwie trylogie postawił dość wysoko poprzeczkę, niezależnie od tego jak wiele osób negatywnie podchodzi do prequeli. Stworzył jeden z najznamienitszych przykładów kina Nowej Przygody, ale też z czasem udało mu się zbudować olbrzymie uniwersum, pełne światów zamieszkałych przez obce kultury. Jednym z podstawowych wytycznych tych sześciu filmów, jak również dzieła J.J. Abramsa, było to by móc je wielokrotnie oglądać, a one nadal bawiły, ot taka niedzielna rozrywką. Epizod VII jest lepszy jak się już do niego przyzwyczai, akcja leci na łeb na szyję, a film jest idealnie skrojony. Tego niestety nie da się powiedzieć o „Ostatnim Jedi”. To film zdecydowanie za długi, zbyt wolny i dość nierówny. Posiada wyśmienite fragmenty, jak również takie, o których chciałoby się zapomnieć. Co gorsza, Rian Johnson postawił za bardzo na zwroty akcji i zaskoczenie. Boję się, że efekt będzie taki, iż to co się sprawdza raz, za kolejnym obejrzeniem niekoniecznie zadziała. O tym jednak przekonam się za jakiś czas.

Najpierw skupmy się na dobrych stronach filmu. Przede wszystkim poznajemy dalsze losy naszych bohaterów. Każdy z nich ma wystarczająco dużo czasu. Są podzieleni na grupy, co się sprawdza bardzo dobrze. Jest Finn i nowa bohaterka – Rose, jest Poe i Leia, jest Luke i Rey, jest Kylo Ren i Hux. Parę innych kombinacji się znajdzie. W parze ładnie łączą się konflikty osobowości z tym, co łączy tych bohaterów. Jest też fenomenalna sekwencja bitwy na planecie Crait, to Rianowi wyszło rewelacyjnie, choć akurat ta scena wydała mi się zbyt krótka. No i Luke Skywalker, zdecydowanie kradnący ten film. Do przewidzenia było, że Skywalker będzie musiał zrewidować swoje wybory. W filmie więc widzimy dwóch Luke’ów. Jednego, cynicznego, zgorzkniałego i zniszczonego przez życie. I drugiego. Wielkiego mistrza Mocy. Coś musi się wydarzyć, by obudzić tego drugiego, ale ja na to przebudzenie czekałem. Obie kreacje Marka Hamilla są fenomenalne. Zaś pojedynek w którym Luke bierze udział to majstersztyk. W dużej mierze to jest to, czego oczekiwałem kiedyś po walce Yody w „Ataku klonów”. Nie nawalanki na miecze, a spokoju i użycia Mocy przez mistrza Jedi. Jak dla mnie to rozbija bank. Bardzo podoba mi się też to, że część bohaterów w pewien sposób dorasta, staje się sobą. Chodzi dokładnie o Rey, Finna i Kylo Rena. Są zdecydowanie dobrze rozwinięci względem Epizodu VII. Film ponadto odpowiada na wiele pytań postawionych w „Przebudzeniu Mocy”, ale nie na wszystkie i stawia wiele kolejnych. Bardzo podobają mi się także wszelkie nowe stwory, nie tylko porgi czy vulptexy. Jest tego dużo więcej, choć w ten sposób rozwijają uniwersum.

Niestety ten obraz ma całkiem sporo wad. Jest za długi, przez to czasem się strasznie ciągnie. Dotychczas w sadze chyba w tej materii rządziła scena na łące z „Ataku klonów”. Ona była słaba i źle zagrana, ale to co zaserwował Rian Johnson w jednej ze scen z Leią, przebija wszystko. I niestety ręce opadają. To taki moment, w którym człowiek się zastanawia, co to w ogóle ma być? Zresztą problem tempa filmu także rzuca cień na wielu bohaterów i przede wszystkim ich intelekt. Zanim Hondo zareagowała tak jak powinna, to zaczynamy wątpić w ogóle w jej intencję. Zresztą nie tylko ona robi za idiotkę, która potrzebuje czasu by rozkminić coś oczywistego. Jest tu kilka takich scen. To powoduje, że tak jak Rey i inni się rozwijają, tak inne postaci się zwijają. Mnie najbardziej szkoda BB-8, który zatracił swoją osobowość, ale też praktyczność. Komputerowy BB-8 jest wymiatającym koksem (niestety nie tylko on), przy tym dość niewiarygodnym wizualnie, co mnie boli. No i ostatni wielki zarzut to zmniejszanie uniwersum. W „Przebudzeniu Mocy” odeszliśmy od wielkich wojen, w miejsce jakiś potyczek. Tu jest jeszcze gorzej. Zwłaszcza, że walczy garstka ludzkich idiotów walczących z inną podobną garstką. Obcych jest jak na lekarstwo, za to ludzie wszelkich płci i narodowości. Trochę na tym tle wyróżnia się Canto Bight, ale to taka bardziej odskocznia, która ani nie pasuje do reszty, ani nie jest w pełni wykorzystana. Zaś w starciach mamy tylko na siłę budowany patos i uczucie zagrożenia oraz beznadziejności, co przy walce garści osób nie sprawdza się dobrze.

Dziwną rzeczą jest humor, którego jest tu dość sporo. Dziwną, bo mam wrażenie, że nie zawsze jest gwiezdno-wojenny. Choć przyznaję, że w większości całkiem dobrze się to ogląda, to nie zawsze jest potrzebny, czasem nawet zbędny. Inna ciekawostka jest taka, że chyba żaden poprzedni film nie miał tyle scen w kosmosie, co ten. Epizod VIII ponadto nie kopiuje „Imperium kontratakuje” w sposób jeden do jeden. Nawiązań i kopii scen z kilku poprzednich filmów jest całkiem sporo, niestety troszkę w tym bałaganu i dziś nie za bardzo wiem jak to ocenić. Neutralna jest także muzyka, nowe utwory się nie wybijają, ale Williams wykorzystuje więcej starszych, w ten sposób próbując się ratować.

Film Riana jest zdecydowanie inny niż poprzednie Epizody, czy nawet „Łotr 1”. Ma kilka naprawdę mocnych momentów. Ale z pewnością nie jest to najlepszy film z serii. Johnson musiałby jeszcze popracować nad swoim rzemiosłem. „Przebudzenie Mocy” podobało mi się dużo bardziej, pewnie dlatego, że było bardziej równe. A tu potrzebuję jeszcze czasu i iluś seansów by znaleźć miejsce dla tego filmu.




Recenzja Lorna

No i się doczekaliśmy na Ostatniego Jedi. Trwało to trochę ale w końcu się udało, oczekiwanie dobiegło końca i zasiedliśmy w fotelach, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni wyruszając do Odległej Galaktyki. Film rozpoczyna się w miejscu, w którym zostawiło nas Przebudzenie Mocy i jest to pierwszy taki przypadek w historii Sagi, do tej pory między epizodami upływał przynajmniej rok. Mamy więc Najwyższy Porządek walczący z Ruchem Oporu i Rey, która właśnie przybyła do Luke’a przekazać mu miecz i prosić o pomoc. Dwa lata czekaliśmy na reakcję Mistrza Jedi na wydarzenia z “siódemki” i początkowo są one dosyć zaskakujące. W kontynuacji wspomnianej sceny pojawia się z resztą element, który w Ostatnim Jedi przeciętnie się udał -nietrafione gagi i humor. Rozumiem, że ma być bez nadęcia, a żarty mogą być odświeżające, ale naprawdę nie potrzebujemy żartów rodem z sitcomów w każdej scenie.

Na szczęście tempo filmu nie pozostawia wiele czasu na takie żarty. Od początku widać, że to już nie pierwszy film w trylogii, nie wprowadzenie, tylko kontynuacja. Tutaj wiele się ma wydarzyć i nie ma czasu na długie wstępy czy prezentacje postaci. Na tym etapie każdy już wie o co chodzi, a film z każdą chwilą przyspiesza. Mamy więc w końcu Luke’a, wątek którego najbardziej się bałem bo zwiastuny przedstawiały Luke’a jako zmęczonego starca pokonanego przez doświadczenia życiowe, nieco nawet wystraszonego nowego wyzwania. Na szczęście okazuje się to w dużej mierze nieprawdą. Luke jest potężny i silny Mocą, demonstruje to w sposób jednoznaczny i satysfakcjonujący. Osobiście zabrakło mi bezpośredniego starcia i pokazania pełni możliwości Mistrza Jedi, walki na miecze świetlne między doświadczonymi wojownikami czy konfrontacji na “biegłość we władaniu Mocą” jak między Yodą a Dooku w Ataku Klonów. Obeznani z tematem wiedzą jednak jaką demonstracją siły jest tak wiarygodna projekcja Mocy na dystansie połowy galaktyki -zagrywka imponująca i na dodatek bardzo efektowna. W trakcie oglądania filmu miałem mieszane uczucia, zastanawiałem się dlaczego Luke najpierw mówi o błędach zakonu, o unoszeniu się pychą, a później rości sobie prawo do pewnych decyzji ostatecznych, jednak z perspektywy całego filmu widać, że on raczej bierze na siebie ciężar odpowiedzialności niż przypisuje prawo do czegokolwiek. Pozostając w temacie wyspy na Ahch-To, bardzo podobał mi się motyw Mistrza Yody pojawiającego się u boku Luke’a, opowieści o przeszłości i wnioski z nich wyciągane. Dzięki tym zabiegom, jak nigdy wcześniej czułem, że ten film jest częścią spójnej historii, opowiadanej od czterdziestu lat.

Główny nacisk w filmie położony jest na nowe postacie, albo raczej -na bohaterów, których poznaliśmy w Przebudzeniu Mocy, postępująca zmiana warty jest widoczna w rozwoju bohaterów, biorą na siebie coraz większy ciężar odpowiedzialności za bieżące wydarzenia. Poe prowadzi do walki flotę Ruchu Oporu, Rey zawzięcie kroczy ścieżką Jedi, a sposób w jaki pobiera nauki sprawia że poznawanie tajników Mocy ma wymiar bardzo osobisty, niemal intymny. Świetną sprawą jest głębia zrozumienia natury Mocy wypływająca ze słów Luke’a -Jedi są narzędziem Jasnej strony, nie samą jasną stroną, bardzo przemawia do mnie takie głębsze podejście do tematu, widać w tym “rękę” Yody ze szkolenia na Dagobah a nie przedmiotowe podejście z czasów Starej Republiki. Nie podoba mi się jednak kwestia przodków głównej bohaterki, w tej kwestii spełniły się moje obawy o braku głębi i powiązania tej postaci z przeszłością. Pozostaje jeszcze nadzieja, że Kylo Ren chciał wykorzystać słabość dziewczyny i chcąc przeciągnąć ją na ciemną stronę manipulował i oszukał ją grając na emocjach które wyczuł, ale może się to okazać ślepą uliczką i zbędnym przedłużaniem nadziei. W części filmu poświęconej szkoleniu Rey nie spodobał mi się także element z wizją. Podejrzewam, że chodzi o wiele możliwych wersji przyszłości, które ujrzała bohaterka, a sama scena ma trochę wspólnego z wizją Luke’a na Dagobah, ale konwencja i sposób realizacji do mnie nie przemówiły. Podobnie zaskoczony byłem Snoke’m i tym jak skończył, postać o której teorie mnożyły się w tempie wykładniczym zostaje błyskawicznie zepchnięta na margines wydarzeń. Trochę to dziwne w kontekście potęgi jaka biła od niego w części siódmej i szacunku jakim był otoczony. Jest to kolejny przejaw pozbywania się starego ładu, braku szacunku do przeszłości, chęć odcięcia się od niej i napisania własnej historii. Szkoda tylko że zarówno odrzucenie dziedzictwa Jedi jak i Sithów prowadzi do pewnej degeneracji, pewna wiedza i umiejętności zostają zapomniane, przepadają i nie ma do nich powrotu, smutne to, ale wiarygodne. Z drugiej strony upadek Snoke’a to okazja do rozwoju dla Rena. Zaimponował mi Kylo Ren w tej części, w przeciwieństwie do Przebudzenia Mocy gdzie sprawiał wrażenie uległego i zagubionego, tutaj wie czego chce, ma swoje cele i ambicje, sprzeciw wobec nauczyciela jesr zdecydowany i jednoznaczny, Bohater został bardzo dobrze rozwinięty, jestem ciekaw losu tej postaci w części IX bo o ile po “siódemce” wydawało mi się to przesądzone, tak teraz nie jestem pewien po której ze stron opowie się młody Solo. Rozczarowaniem jest postać Benicio Del Toro, mało wnosi do filmu i pojawia się na krótko, po tak hucznych zapowiedziach liczyłem na więcej, tymczasem poznany w Kanto Bight DJ funduje nam jeden ciekawy twist fabularny i znika. Wydaje się że postać ta, podobnie jak cały fragment z kasynem, ma na celu pokazać że świat Gwiezdnych Wojen to nie tylko konflikt dobrych i złych, ale także ci którzy na tym konflikcie zarabiają. Do mnie przemawia, w końcu zobaczyliśmy, że galaktyka poza polami bitew to nie tylko speluny pokroju kantyny na Tatooine czy pałacu Jabby, że wielkie zło i obojętność mogą się czaić także pod kryształowymi żyrandolami i w garniturach. Dziwny los spotyka Kapitan Phasmę, chociaż w jej przypadku dochodzi do efektownej konfrontacji z Finnem to zakończenie wątku wydaje się przedwczesne jak na postać będącą jednym ze znaków rozpoznawczych Nowej Trylogii.

Położenie Ruchu Oporu wydaje się beznadziejne niemal cały film, zmuszeni do ucieczki mogą tylko minimalizować straty. Największą przegraną wydaje się być Leia - wspaniała, ostatnia rola Carrie Fisher pozostawia jednak otwarte pytanie -co dalej? Wszystko wskazuje na to, że epizod IX miał być skupiony wokół tej postaci, szkoda, że nigdy się nie dowiemy jak miał wyglądać. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o scenie w próżni kosmosu. Choć sama scena zrealizowana została przeciętnie i budzi we mnie mieszane uczcucia, to ma ona duże znaczenie dla postaci. Po raz pierwszy znalazły tu potwierdzenie słowa Luke’a z Powrotu Jedi, o Mocy drzemiącej w Lei, Mocy którą ona ma, ale z własnego wyboru odrzuca poświęcając się polityce i walce u boku zwykłych żołnierzy.

Film obfituje w zwroty akcji i rozwija się w kierunkach dość niespodziewanych dla Gwiezdnych Wojen, małym dziełem sztuki jest scena w sali tronowej Snoke’a gdzie najpierw mamy do czynienia z mentalną konfrontacją użytkowników Mocy, później wspaniałą walkę i pokaz szermierki z genialną choreografią, a na koniec ponowną zmianę stron, kolejne odwrócenie intencji i nowy konflikt. Ta jedna scena jest tak elektryzująca i pełna Mocy, że usatysfakcjonuje wszystkich spragnionych widowiskowej walki. Wspaniałe są bitwy kosmiczne, początkowe starcie w systemie Illenium i poświęcenie załóg bombowców, starcie na Krait i symboliczne krwawe ślady na nieskalanej powierzchni planety, wspaniała scena zniszczenia okrętu dowodzenia Najwyższego Porządku -piękne i bardzo “gwiezdnowojenne” to trzeba zobaczyć bo nie da się o tym opowiedzieć. Końcówka wydaje się mocno podobna do Imperium Kontratakuje, nie jest to jednak żaden zarzut. Film, w żadnym razie nie jest kalką piątej części, ma z nią dużo mniej wspólnego niż Przebudzenie Mocy z Nową nadzieją. Chodzi jednak o nadzieję wzrastającą mimo beznadziejnego położenia. Tutaj podobnie jak w Imperium, Rebelia poniosła ciężkie straty a bohaterowie ledwie uszli z życiem. Towarzyszy im jednak poczucie zbliżającej się ostatecznej konfrontacji i nadzieja na zwycięstwo.

Nie jest to mój wymarzony epizod VIII, są rzeczy które wyobrażałem sobie zupełnie inaczej, ale są też takie które wgniatają mnie w fotel, sceny które zapamiętam na zawsze, cytaty które trafią do mojego podręcznego słowniczka na równie ze “Luminous beings are we, not this crude matter!” i z tego powodu jestem szczęśliwy, że ponownie na nieco ponad dwie godziny trafiliśmy do odległej galaktyki, bo wciąż ma ona wiele do zaoferowania, jest obietnicą nowej przygody i jest w niej Moc. Kontrowersyjna ostatnia scena filmu pozostawia nas z przesłaniem, o którym mówi Luke Skywalker w swoim finałowym przemówieniu -nadzieja i Moc nie umierają, bo żyją w każdym kto ma odwagę unieść głowę i spojrzeć z odwagą ku gwiazdom -przesłanie aktualne od 1977 roku.


Tagi: Epizod VIII: Ostatni Jedi (26)
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.