Książki

Niewidzialna królowa - fragment powieści.

Troy Denning
MROCZNE GNIAZDO II
NIEWIDZIALNA KRÓLOWA

Prolog
Złodzieje gazu tibanna niczym nie różnili się od innych przedstawicieli swojego fachu w całej galaktyce – najlepiej pracowało im się w ciemności. Prześlizgiwali się chyłkiem i zakradali przez najniższe poziomy Strefy Życia Bespinu na sam dół, gdzie światło dzienne przechodziło w mrok, a kształty zamierały w sylwetki, gdzie ciemne kurtyny mgły unosiły się nad purpurowymi, kipiącymi obłokami. Ich celem były samotne platformy, na których uczciwe istoty pracowały ciężko przez nieskończone noce, usuwając lód ze zmrożonych wentylatorów nawiewu i wpełzając w zatkane rury przesyłowe, gdzie drogocenny gaz zbierany był atom do atomu. Tylko w ciągu kilku ostatnich miesięcy ktoś w tajemniczy sposób opróżnił zbiorniki dwunastu stacji i trzeba było sprowadzić rycerzy Jedi, aby przywrócili ład.
Jaina i Zekk przedostali się w obszar czystego powietrza. Przed sobą ujrzeli stację BesGas Trzy. Stacja była platformą wydobywczą w kształcie spodka, tak przeładowaną sprzętem, że wydawało się dziwne, iż jeszcze utrzymuje się w powietrzu. Główny pokład magazynowy był otoczony ostrzegawczymi niebieskimi migaczami. W błyskach światła jednego z nich Jaina dostrzegła owalny kształt, wciśnięty pomiędzy dwa zbiorniki. Jaina obróciła dziób wypożyczonego pojazdu w kierunku zbiorników i przyspieszyła, żeby przyjrzeć się lepiej, zanim przetwórnia zniknie za kolejną zasłoną mgieł. Cień był prawdopodobnie jedynie cieniem, ale tu, na samym dnie Strefy Życia, temperatura, ciśnienie i ciemność sprzysięgły się przeciwko ludzkiemu wzrokowi, więc należało sprawdzić każdą możliwość.
Gaz tibanna, poddany procesowi zwanemu spin-sealing, miał wiele zastosowań, ale najważniejsze było zwiększenie wydajności broni na statkach bojowych. Jeśli zatem ktoś kradł gaz tibanna, zwłaszcza w takich ilościach, jakie ostatnio znikały z Bespinu, Jedi musieli dowiedzieć się, kto to taki – i co z nim robi.
W miarę jak Jaina i Zekk zbliżali się do obiektu, cień zaczął przybierać kształt płaskiego dysku. Zekk przygotował miniaturowy promień ściągający, a Jaina uzbroiła podwójne działka jonowe. Nie musieli wspominać, że cień z każdą chwilą coraz bardziej przypomina balon syfonujący, ani skarżyć się na oślepiające stroboskopowe światła, ani nawet omawiać użytej taktyki.
Dzięki pobytowi wśród Killików ich umysły były ze sobą tak spojone, że sami nie potrafili stwierdzić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Nawet po roku od porzucenia Kolonii myśli, spostrzeżenia i emocje przepływały pomiędzy nimi bez wysiłku. Często nie wiedzieli nawet, w czyim umyśle powstała myśl – co zresztą nie miało znaczenia. Po prostu była wspólna.
Pomiędzy zbiornikami zobaczyli błękitną poświatę, a potem w polu widzenia pojawił się niewielki ciągnik złodziei gazu. Jego stożkowa sylwetka falowała na tle przyćmionych ciśnieniem świateł pokładów mieszkalnych stacji. W chwilę później trzy balony – ten, który zauważyli Jaina i Zekk, oraz dwa inne – wzniosły się w ślad za ciągnikiem. Za nimi snuły się długie pióropusze gazu tibanna, ulatniające się z otworów w zbiornikach.
Jaina otworzyła ogień z dział jonowych; chybiła o włos, ale trafiła w piastę stacji. Promienie jonowe były bezpieczniejsze w użyciu w sąsiedztwie gazu tibanna od wiązek laserowych, ponieważ unieruchamiały jedynie obwody elektroniczne. Dzięki temu ostrzał nie wyrządził żadnych szkód strukturalnych, a jedynie pogrążył dwa poziomy pokładu mieszkalnego w nagłych ciemnościach.
Zekk przesunął wiązkę ściągającą i uchwycił nią jeden z balonów. Złodzieje wypuścili go i balon poleciał wprost na pojazd. Zekk natychmiast wyłączył promień, ale Jaina i tak musiała ostro skręcić, żeby nie zmiotła jej ogromna, pulsująca bańka maksymalnie schłodzonego gazu.
Odetchnęła niepewnie.
– Za...
– ...blisko! – dokończył Zekk.
Zanim sprowadziła wehikuł z powrotem, ostatnie dwa balony unosiły się już w mroku za holownikiem, pogrążając się w ciemnej, skłębionej chmurze. Jaina poderwała dziób statku i posłała w ślad za złodziejami kolejną porcję zjonizowanej energii, ale Zekk nie uruchomił wiązki po raz drugi.
Co do tego byli zgodni – schwytanie sprawców wydawało się dość prawdopodobne. Teraz ofiara musiała znaleźć drogę ucieczki. Jaina zwolniła przepustnice i oboje powolną spiralą ruszyli za złodziejami.
Chwilę później w głębi chmury pojawił się zamglony, żółty punkcik światła, który szybko urósł w przejrzysty język płomienia. Płomień wystrzelił z obłoku, zanim jeszcze Jaina zdążyła obrócić działo. Przycisnęła oba spusty i zaczęła ostrzeliwać pocisk. Nie próbowała go trafić – to byłoby niemożliwe nawet dla Jedi. Zamiast tego rozciągnęła na drodze torpedy kobierzec zjonizowanej energii.
Zekk sięgnął ku pociskowi poprzez Moc, łagodnie naprowadzając go na jeden ze strumieni jonowych Jainy. Systemy elektryczne urządzenia eksplodowały w chmurze wyładowań i iskier, po czym zgasły. Gdy tylko elektryczna burza ucichła, Zekk użył Mocy, aby odsunąć martwy pocisk od platformy górniczej. Torpeda świsnęła i minęła pokład magazynowy o niecałe dwanaście metrów, po czym znikła w mrocznej kipieli Strefy Ścisku.
Jaina zmarszczyła brwi.
– No, teraz to było...
– ...całkiem niepotrzebne – dokończył Zekk.
W sytuacji, kiedy schłodzony gaz tibanna wciąż wylewał się na pokład, nawet niewielka detonacja rozniosłaby platformę na strzępy. Jaina i Zekk zrozumieli nagle, że prawdopodobnie o to właśnie chodziło. Miał to być odwet za wezwanie Jedi – i ostrzeżenie, aby inne stacje nie próbowały tego robić.
– Musimy ich dorwać – głośno zauważył Zekk.
Jaina skinęła głową.
– Jak tylko się dowiemy, dla kogo pracują.
Uznali, że złodzieje oddalili się już wystarczająco, aby poczuć się bezpiecznie, i sięgnęli w Moc, aby ich zlokalizować. Nie było to łatwe. Nawet tu, na tej głębokości, Bespin tętnił życiem – od ogromnych beldonów z pęcherzami gazowymi po ich potężnych zabójców, velkery; od purpurowych pól „żarzących się” alg po raawki i pływaki, które żyły z tego, co skradły z platform, takich jak BesGas Trzy.
Wreszcie Jaina i Zekk znaleźli to, czego szukali – trzy obecności, emanujące w Mocy ulgą, podnieceniem i zdecydowanym gniewem. Istoty wydawały się insektoidami, bo były lepiej zharmonizowane z otaczającym ich wszechświatem niż większość istot; pozostawały przy tym oddzielnymi osobami, z indywidualną osobowością. A zatem nie Killikowie.
Jainę i Zekka ogarnęła lekka nostalgia. Nigdy nie zmieniliby decyzji, która spowodowała ich wygnanie z Kolonii. Zapobiegli wybuchowi okrutnej wojny, więc nie żałowali niczego. Ale rozstanie z Taatami – gniazdem, do którego dołączyli na Qoribu – było niczym zamknięcie się przed sobą, jak odrzucenie przez ukochaną osobę, przez przyjaciół i rodzinę, bez możliwości powrotu. Byli niczym upiory, umarli, lecz nie do końca, błąkali się na granicy życia, nie mogąc nawiązać kontaktu. Dlatego niekiedy rozczulali się nad swoim losem. Nawet Jedi mieli do tego prawo.
– Muszę dorwać tych gości – odezwała się Jaina, powtarzając wezwanie do działania, które bardziej pasowało do Zekka niż do niej. On nigdy nie miał czasu na rozpamiętywanie i żal. – Gotów?
Głupie pytanie. Jaina ruszyła za złodziejami, zanurzając się w burzy tak gwałtownej i pełnej błyskawic, która żywo przypominała sam środek bitwy z Yuuzhanami. Po standardowej godzinie zrezygnowali z utrzymywania stałej wysokości i zniechęceni zauważyli, że żołądki podchodziły im do gardła. Po trzech godzinach przestali również zwracać uwagę na orientację statku i usiłowali jedynie podążać mniej więcej we właściwym kierunku. Po pięciu godzinach wychynęli z burzy w przestrzeni czystego, spokojnego powietrza... i dostrzegli złodziei, którzy właśnie pogrążali się w ścianie szkarłatnych wirów, gdzie dwie szarże wichury ścierały się ze sobą w przeciwnych kierunkach. Zdumiało ich, że holownik wciąż ciągnął oba balony.
Jaina i Zekk zastanawiali się, czy złodzieje wiedzą, że są śledzeni, ale wydawało im się to niemożliwe. Tak daleko w głębi atmosfery pole magnetyczne Bespinu i potężne sztormy uniemożliwiały pracę nawet najbardziej prymitywnych urządzeń czujnikowych. Nawigacja była możliwa wyłącznie przy użyciu kompasu, żyroskopu i obliczeń. Jeśli holownik kierował się w ścianę wirów, oznaczało to, że zamierzał pozbyć się skradzionej tibanny. Jaina i Zekk odczekali, aż złodzieje gazu znikną, po czym przelecieli przez warstwę chmur i ostrożnie przyspieszyli w kierunku wirów. Wicher porwał ich natychmiast; doznali uczucia, jakby wystrzelono ich z turbolasera. Wyrżnęli się mocno o zagłówki, statek zaczął jęczeć i drżeć, a świat za szybą owiewki stał się morzem szkarłatnych oparów i płonących błyskawic. Jaina wolała wypuścić z rąk drążek – czuła, że zaraz się zapomni i pozbawi statek skrzydeł, próbując sterować w tych warunkach.
Godzinę później poczuli, że złodzieje gazu ich wyprzedzają i stwierdzili, że minęli już Strefę Zmian. Jaina z dłonią znowu na drążku otworzyła przepustnice. Statek ze zgrzytem i dygotem wystrzelił do przodu; purpurowa mgła wokół nich zbladła do różu i lot nabrał tempa.
Jaina zwalniała powoli, aż napęd repulsorowy zamilkł. Z minimalną prędkością pogrążyła się w różowej mgle.
– No, to było...
– ...zabawne – zgodził się Zekk. – Ale już nigdy więcej tego nie róbmy.
Odczekali, aż żołądki się im uspokoją, po czym Jaina wyprowadziła pojazd ze skrętu i znów wlecieli w różową mgłę, nie widząc nic na odległość stu metrów i kierując się wyłącznie obecnością złodziei gazu. Wydawało się, że wysforowali się daleko przed nich, ale trudno było określić dokładną odległość – czy jest to sto kilometrów, czy tysiąc. Moc nie miała skali.
Po kwadransie odnieśli wrażenie, że unoszą się razem z chmurą, w ogóle nie posuwając się naprzód. Przyrządy pokazywały jednak prędkość ponad stu kilometrów na standardową godzinę i wydawało się, że szybko dogonią ofiarę.
Jaina była ciekawa, gdzie się właściwie znajdują.
– Żyrokomputer obliczył naszą pozycję jako trzy-siedem-przecinek-osiem-trzy na północ, dwa-siedem-siedem-przecinek-osiem-osiem-sześć długości i jeden-sześć-dziewięć głębokości.
– Czy to w...
– Tak – odpowiedział Zekk. Znajdowali się około tysiąca kilometrów w głębi Martwego Oka, ogromnej przestrzeni nieruchomego powietrza i nieprzebytej mgły, która tkwiła pośrodku atmosfery Bespinu co najmniej od czasów odkrycia planety.
– Świetnie. Tylko dziewiętnaście tysięcy kilometrów do drugiej strony – poskarżyła się Jaina. – Czy mapy pokazują...
– Nic – odparł Zekk. – Nawet boi.
– Cholerny świat! – To przynajmniej powiedzieli równocześnie.
Wciąż jednak mieli wrażenie, że szybko doganiają ofiarę. Coś tam musiało być.
– Może zatrzymali się tylko...
– Nie – zaoponowała Jaina. – Gaz był już...
– Racja – zgodził się Zekk. – Musieli...
– I to szybko.
Skradziony gaz tibanna został już poddany procesowi spin-sealingu i złodzieje musieli szybko umieścić go w karbonicie, zanim straci większość wartości handlowej. Z mapami czy bez, wszystko wskazywało na to, że gdzieś w głębi Martwego Oka znajdowała się instalacja. Jaina zwolniła jeszcze trochę. Miała wrażenie, że siedzą już złodziejom na karkach, ale w tej mgle...


(1) 2 3 4 5


Tagi: Amber (199) fragment powieści (9) Mroczne Gniazdo (5) Troy Denning (23)

Komentarze (1)

Podziękowania dla Amberu za posyłkę :D

Membrozje, gniazda...o co tu chodzi? Mam olbrzymie zaległości albo raczej Fizza ;P.

Oj będzie ciężko XD

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować:

Login:
Hasło:
Loading..

Ustawienia


Ustaw kolejność w prawej i lewej sekcji.
Możesz przesuwać elementy również pomiędzy nimi.